By zostać bohaterem, wystarczy niewiele. Trzy filmowe sposoby

Nie trzeba zdejmować okularów i nakładać na siebie czerwonej peleryny, obcisłego trykotu ani nawet majtek na spodnie. Czasem do tego, by zostać bohaterem, wystarczy niewiele.

Zemsta nerdów z Krzemowej Doliny

 

Nie wiadomo, ile razy bohaterowie „Teorii wielkiego podrywu” byli dręczeni w szkole. Choć w serialu opowiadali o kilku przypadkach, na pewno było ich więcej – wszak to stereotyp wpisany w amerykańską kulturę. Nerd, czyli stereotypowy kujon, zafascynowany fantastyką naukową, komiksami i grami RPG w serialu jest pomnożony przez cztery. Oczywiście wysokie IQ naszych bohaterów jest odwrotnie proporcjonalne do umiejętności nawiązywania poprawnych relacji społecznych. Mimo doktoratów, pracy na uniwerku i nagród naukowych, są całkowicie bezradni w przypadku kontaktów „damsko-męskich”. To schemat znany, chociażby z kultowej komedii z lat 80. pt., „Zemsta frajerów”. Polskie tłumaczenie tytułu, nie wiedzieć czemu, określa „nerda” mianem „frajera”. Przekrój społecznych fobii i dziwactw naszych bohaterów jest duży – od chorobliwej nieśmiałości wobec kobiet (Raj), poprzez skutki wychowania przez dominującą matkę (tu zarówno Leonard, jak i Howard mieli tego pecha), na absolutnym braku inteligencji emocjonalnej skończywszy (Cooper).

Ale Sheldon i spółka nie poddają się. Nawet jeśli ktoś ciągle im dokucza, nawet w czasie misji na orbicie okołoziemskiej. Tak jak Howard doświadczył tego ze strony kolegów-astronautów. Co ciekawe – katalizatorem zmian w ich zachowaniu są głównie kobiety. To one otwierają naszych nerdów na świat i sprawiają, że stają się bardziej „ludzcy", zaczynają w siebie wierzyć i walczyć o swoje marzenia.

No dobrze – „bardziej ludzcy” jak na nerdowskie standardy. Bo nie oczekujmy, że Sheldon przestanie wyrażać emocje kolorami swoich t-shirtów, zamiast o tym mówić. Tak, tak – Cooper wyraża emocje koszulkami – czerwień to gniew, zieleń – pewność siebie, itd. „Superbohaterstwo” w tym wypadku, to w tym wypadku kilka aspektów. Oczywiście pierwszy to niesamowita inteligencja głównych bohaterów. Bo, umówmy się, kto z nas wie, co to „teoria strun” i potrafi powiedzieć, na czym polega? Drugi to poczucie humoru, poniekąd wynikające z bystrego umysłu i niecodziennych fobii bohaterów. Ale najważniejsza „moc”, to zdolność do tego, by w swoim „ześwirowaniu” nauczyć się być normalnym. I w końcu znaleźć sobie dziewczynę, nawet jeśli ktoś jest Sheldonem.

Girl-power ze Szczecina w czasach libertynów

 

Na temat Katarzyny Wielkiej napisano już niemal wszystko, a do tego nakręcono dziesiątki filmów i seriali. Co nie znaczy, że nie da się nakręcić czegoś jeszcze. Jeśli ktoś myśli, że dzisiejsze czasy to okres zepsucia obyczajowego, nie zna historii. Epoka rosyjskiej carycy to wiek libertynów, moralnego upadku Europy i skandali. Ale nie uprzedzajmy faktów…

Ekranowa Katarzyna z produkcji HBO zaczyna jako niewinna i niedoświadczona młoda dama. Jednak dość szybko z Kopciuszka przeistacza się w intrygantkę. Z biegiem czasu potrafi sprawnie zadbać o swoje interesy. Twórcy niestety pominęli przyjemny dla nas wątek narodzin Katarzyny w Szczecinie, ale za to serial ocieka wręcz innymi, przykuwającymi uwagę widza pomysłami. Zwariowana konwencja serialu sprawia, że co chwila wybuchamy śmiechem. Ale mimo fantastycznych postaci drugoplanowych, cały czas w centrum jest Katarzyna.

materiałmateriał promocyjny

Jej moc to coś, co dziś nazwalibyśmy „girl power”. I dzięki tym „super mocom” głównej bohaterki serial ogląda się z zapartym tchem. Feminizm Katarzyny w połączeniu z kobiecym sprytem daje zadziwiające rezultaty. Okazuje się, że wystarczy mieć trochę oleju w głowie, by w świecie zdominowanym przez mężczyzn zostać prawdziwą heroską. A przy tym zrobić to z humorem i wdziękiem. Historyczna caryca po dziś dzień uważana jest za jedną z najwybitniejszych władczyń Rosji i osobę, o wybitnym talencie strategicznym. Serialowa Katarzyna pokazuje, że historia jednej osoby może zmienić wszystko. Nawet losy Europy. Nie zapominajmy – to w końcu ona zabrała nam kawałek kraju w ramach rozbiorów.

Kopanie tyłków z miłości do kina

Jednym z ważnych motywów w historiach o bohaterach, jest powrót po latach i walka o odzyskanie dawnej chwały. Nowy film Tarantino "Dawno temu w Hollywood" wpisuje się w te ramy znakomicie, a przy tym sprawia niemałą radość wszystkim miłośnikom reżysera. Znajdziemy tam smaczki takie, jak wplecenie w fabułę burgerowni, w której Travolta jadł kultowe ćwierćfunciaki („Pulp Fiction”) czy ujęcia z planu zdjęciowego „Django”. Ale żonglowanie konwencjami i cytatami z kina, ubrane w estetykę końca lat 60. to u Tarantino mistrzostwo świata. Widzimy Ala Pacino, parodiującego samego siebie („paf, paf, paf, paf!”), Romana Polańskiego u szczytu sławy, którego zagrał Rafał Zawierucha, pięknie sportretowaną przez Margot Robbie Sharon Tate, a nawet Bruce’a Lee – klimat dosłownie wylewa się z ekranu. I w tym wszystkim jest zanurzony właśnie nasz bohater Cliff Booth, zagrany oscarowo przez Brada Pitta. Gdyby nie to, że 15 lat temu wymyślono dowcipy o Chucku Norrisie, trzeba by to zrobić jeszcze raz, ale z Bradem w roli głównej. Jako kaskader, który wypadł już z obiegu, nie traci swojego charakteru i dalej kopie, uderza, spuszcza łomot samemu Bruce'owi Lee - rozwalając przy okazji drzwi pięknego auta z epoki - a nawet walczy do utraty tchu z szalonymi nożownikami. Użyty przez reżysera schemat „od zera do bohatera” w tym wypadku to genialne połączenie wszystkich znanych nam kinowych „facetów znikąd” w stylu Clinta Eastwooda. Filmowy Cliff nie walczy tu jednak ze złem całego świata, jakąś fikcyjną super organizacją czy chociażby z podrzędnym bandytą. Jego walka z psychopatycznymi mordercami, to walka reżysera o chwałę, o hollywoodzki sen i szczęśliwe zakończenie, którego zabrakło. Tarantino sprawia, że mnóstwo historii łączy się tu w jedno (chociażby genialne otwarcie filmu z montażem równoległym), po to by historia głównego bohatera mogła finalnie zmienić wszystko. Pitt jest tu herosem archetypowym. Łączy w sobie wszystko, co znamy z kina sensacyjnego ostatnich dekad. A katalizatorem tego, by znowu stać się bohaterem są zaledwie dwie rzeczy - męska przyjaźń i wiara w siebie.

materiałmateriał promocyjny

Nie trzeba magicznych gadżetów ani peleryny, aby stać się herosem. Udowadniają nam to historie kinowych i serialowych postaci. Można być nieśmiałą dziewczyną, która zdobywa władzę dzięki talentowi, można funkcjonować na pograniczu życia towarzyskiego, jak stereotypowy nerd, a nawet można być zapomnianym gwiazdorem. Wystarczy sprytne wykorzystanie swoich talentów i odrobina wiary w siebie.

Więcej o: