POPkultura Extra. Jim Carrey nie przeszedł castingu do "Saturday Night Live". Teraz doczekał się ciepłej posadki

Dzięki "Saturday Night Live" powstał niemały kawał popkultury. "Blues Brothers" czy "Świat Wayne'a" to filmy, które zaczęły się właśnie od popularnych skeczy w "SNL". Z kolei gdyby nie Eddie Murphy, w latach 80. program mógłby nie przetrwać poważnego kryzysu. Skoro zaś mowa o Murphym, w POPkulturze wspominamy zaledwie część aktorek i aktorów, którzy zaczynali karierę w "SNL" - i nie pomijamy również tych, którzy się do programu nie dostali.

Dziś trudno w to uwierzyć, lecz podczas castingów nazywany przez wielu "królem komedii" Jim Carrey nie podbił serc producentów "Saturday Night Live". Ostatecznie wyszedł na tym całkiem nieźle, bo Hollywood tak czy inaczej się na nim poznało - podobnie zresztą jak "SNL", do którego wielokrotnie już wracał jako prowadzący. Z pewnością kojarzycie charakterystyczny obrazek, gdzie Carrey jedzie samochodem w towarzystwie Chrisa Kattana i Willa Ferrella i energicznie rusza głową do "What is Love" Haddawaya - to tylko jeden z popkulturowych hitów, które wylansował "SNL". Warto dodać, że w przypadku Jima Carreya sprawdza się powiedzenie "co się odwlecze, to nie uciecze", bo w tym roku aktor doczekał się dużej roli w uwielbianych przez widzów politycznych skeczach (przynajmniej na kilka kolejnych tygodni). 

W przeciwieństwie do Carreya w "Saturday Night Live" przez długie lata nie postanęła noga innego jegomościa, któremu program Lorne'a Michaelsa w sporej mierze zawdzięcza przetrwanie w latach 80. Jako najbardziej wpływową osobę spośród aktorów i aktorek wywodzących się z "SNL" zazwyczaj wymienia się Eddiego Murphy'ego. Miał zaledwie 19 lat, kiedy wybłagał producentów, żeby dali mu szansę. Gdy stery nad "SNL" po odejściu Michaelsa na rok przejęła Jean Doumanian, oglądalność poleciała na łeb, na szyję. Jedno się jej udało, bo to do jej obsady trafił Eddie - i nic już nie było takie samo. Po czterech sezonach Murphy wpadł w objęcia Hollywood i chociaż "SNL" zajmowało ważne miejsce w jego sercu, w latach 90. obraził się niemal śmiertelnie za niewinny żart ze strony Davida Spade'a. Do programu wrócił dopiero w 2016 roku - powiedział kilka słów podczas specjalnego odcinka z okazji 40. rocznicy premiery "SNL". A jak już się przekonał, to w 2019 roku z wielkim powodzeniem poprowadził cały epizod - i dostał za to nagrodę Emmy.

Polecane dla Ciebie