Borysewicz: Myśmy zarabiali żadne pieniądze za koncert. Dzięki gadżetom jakoś dało się wyżyć

Porozmawialiśmy z Janem Borysewiczem i Marcinem Prokopem z okazji wydania pierwszej autoryzowanej biografii słynnego lidera Lady Pank. Jak obaj podkreślają, książka "Mniej obcy" nie jest jednak opowieścią o zespole, a o samym Janie Borysewiczu. - To jest ten moment, żeby opowiedzieć parę historii z mojego życia, a Marcin nadawał się do tego idealnie. Ja jestem zadowolony. Co prawda zdarzało się, że Marcin ranił moją duszę pytaniami o sprawy, o których nie chciałem rozmawiać. To trzeba było jednak przejść. Chyba musiałem to zrobić dla siebie, dla swojej psychiki - opowiedział w studiu Gazeta.pl Jan Borysewicz.

Jan Borysewicz na scenie z gitarą występuje już ponad 50 lat. Zaczynał w wieku 17 lat, a zanim założył własny zespół, kilka dobrych lat koncertował razem z Budką Suflera jako gitarzysta. Tam dobrze poznał Andrzeja Mogielnickiego, z którym razem zaczął pisać największe przeboje lat 80. Zaczęli od "Małej Lady Punk", która podbiła listy przebojów w 1981 roku. Dopiero potem pojawił się pierwszy stały skład Lady Pank - jednego z najpopularniejszych polskich zespołów muzycznych. Byli sławni, jak nikt inny w tamtym czasie. Ale to wcale nie znaczy, że dzięki temu mogli w komunie dorobić się fortuny.

- Myśmy zarabiali żadne pieniądze za koncert. Ale z reklam jakoś się dało wyżyć. Dostawaliśmy dosłownie worki pieniędzy za ten merchandise [gadżety sprzedawane po koncertach - przyp.red.]. To też nie były pieniądze, które potrafiliśmy na coś odłożyć. Braliśmy te worki na plecy i do baru. Ale to były czasy, że nic nie można było kupić wtedy poza dżinsami w Peweksie i butelką whisky za dwa dolary. Taka butelka whisky kosztowała pół woreczka pieniędzy, a drugie pół szło na te dżinsy. Pamiętam, że aby sobie kupić malucha, to goniłem chyba 10 lat i nie dogoniłem, nie kupiłem w końcu tego malucha - wspomina w trakcie rozmowy z Gazeta.pl muzyk.

Jan BorysewiczBorysewicz: Nikt w Polsce miał się nie dowiedzieć, co robiliśmy za granicą

- Wtedy nie można było sobie pójść do salonu i kupić np. Mercedesa, albo pracować, pójść do sklepu muzycznego i kupić struny. W ogóle nic wtedy nie było. Myśmy gotowali struny, żeby zagrać kolejny koncert. Więc to wszystko było trochę zdziczałe, my byliśmy zdziczali. Np. kiedyś redaktor, który pojechał z nami w trasę, co też opisaliśmy w tej książce, powiedział, że spotkał pięciu fajnych kolesi, z którymi super się poczuł, ale jak wyjechaliśmy spod hotelu w Katowicach i pojechaliśmy na pięć dni koncertów, to już miał dosyć. Powiedział, że to była fabryka małp totalna. I tak było niestety! - podkreślił.

Marcin Prokop i Jan Borysewicz rozmawiali ze sobą blisko 50 godzin, żeby książka "Mniej obcy" mogła powstać. - Chciałem pokazać Jana, jako człowieka, który od 50 lat jest na scenie i nigdy tak naprawdę z niej nie zszedł. Widział z niej i przeżył to, o czym myśmy słyszeli albo czytali. On był świadkiem historii, jakkolwiek to zabrzmi, to widział historię rock'n'rolla, muzyki, showbiznesu, Polski ze swojej perspektywy. I to chciałem zawrzeć - zaznaczył dziennikarz. I choć książka opowiada o życiu Jana Borysewicza, to nie brakuje w niej także opowieści o innych postaciach ze świata polskiej muzyki.

- Prawdopodobnie na podstawie tej książki i nie tylko powstanie film - będzie pisany scenariusz. Tak jak Marcin powiedział, choć tu nie ma za dużo powiedzianego o Lady Pank, to wydaje mi się, że historia na film będzie bardzo ciekawa. Już są zainteresowani tym ludzie, prowadzimy rozmowy. Tam na pewno będzie więcej tych rzeczy, więc nie wiem, czy druga książka będzie nam potrzebna - zapowiedział muzyk. Więcej dowiecie się, oglądając cały wywiad lub z książki "Mniej obcy". Premiera książki odbędzie się 28 września. 

<<Reklama>> Ebook "Jan Borysewicz. Mniej obcy." jest dostępny na Publio.pl >>

Więcej o:

Polecane dla Ciebie