Nie było szans, by taki serial z Trumpem nie budził kontrowersji. "Zrobiłem go dla swojego kraju"

Kiedy koncern ViacomCBS zdecydował, że pokaże "Zasada Comeya" po wyborach prezydenckich w 2020 roku, w ekipie produkcyjnej zawrzało. Wszyscy wierzyli, że dwuodcinkowy serial stanie się powodem do szerszej dyskusji i pomoże wyborcom "oddać bardziej świadome głosy". "Wiem, jaki to dla was zawód. Wcześniej robiłem filmy o swoim kraju, ale po raz pierwszy zrobiłem coś dla niego" - pisał w wewnętrznym liście do współpracowników twórca, Billy Ray. Jego słowa szybko wyciekły do mediów - i podziałały.

Zaraz po wycieku listu postanowiono, że należąca do ViacomCBS stacja Showtime zaprezentuje "Zasada Comeya" we wrześniu, na kilka tygodni przed wyborami. Jak pisze Lacey Rose dla "Hollywood Reportera", początkowo CBS (jeszcze przed fuzją) znalazł się w wąskim gronie nadawców gotowych zapewnić budżet i antenę politycznemu projektowi, który większości wydawał się zbyt ryzykowny. Uderzenie w urzędującego prezydenta mogło się odbić czkawką każdemu. Według Rose producenci koniec końców "postawili na pasję" i wypisali czek na 40 milionów dolarów. 

Zobacz wideo Trump życzy sukcesów nowej administracji. "Będę obserwował i słuchał. Wrócimy w jakiś sposób" [ENG]

"Zasada Comeya". "Potrzebne lekcje z praworządności"

Pierwszy odcinek "Zasada Comeya" koncentruje się na dwóch śledztwach, które FBI prowadziło w ostatnich tygodniach kampanii wyborczej w 2016 roku. Jednym z nich była operacja Midyear Exam, dotycząca postępowania Hillary Clinton z tajnymi materiałami w trakcie pełnienia funkcji sekretarza stanu. Mowa przede wszystkim o niesławnych e-mailach, wysyłanych przez Clinton z prywatnego serwera. W lipcu James Comey poinformował, że śledztwo w sprawie zostało zakończone... i zaraz potem, pod koniec października, ogłosił jego wznowienie. Tym samym, niezależnie od swojego realnego wkładu w dochodzenie, zapracował sobie na miano człowieka, który wbił Clinton gwóźdź do trumny. 

Serial pokazuje, jak żona (w tej roli Jennifer Ehle) błaga szefa FBI, żeby dobrze przemyślał swoje postępowanie i to, jaki wielki wpływ ma ono na wybory. James Comey w książce "A Higher Loyalty" taki epizod pominął - poza tym i kilkoma innymi wyjątkami wygląda jednak na to, że scenarzyści wiernie odtworzyli opisaną przez niego wersję wydarzeń. 

Napisałem książkę o przywództwie i wartościach instytucjonalnych, ponieważ pomyślałem, że Amerykanie, zwłaszcza młodzi, skorzystają na takich lekcjach, gdy mamy słabą głowę państwa, a nasze instytucje są atakowane. We wrześniu 2020 roku lekcje o potrzebie etycznego przywództwa i wsparcia dla praworządności są bardziej istotne niż kiedykolwiek

– mówił przed premierą Comey, mocno zaangażowany w powstawanie adaptacji.

- Nie godzę się na pomysł, że to właśnie Comey przechylił szalę w tych wyborach. Może nam się nie podobać decyzja podjęta przez niego i jego ludzi, ale nie możemy podważać procesu, który do tej decyzji doprowadził - mówił z kolei w wywiadzie dla "Guardiana" Billy Ray. Ten sam Billy Ray, który na starcie prac, usiłując przekonać byłego szefa FBI, że ekranizacja jego autobiografii jest świetnym pomysłem, wypalił: "Dramaturgicznie, ta historia to 'Frankenstein'. Stworzył pan potwora, który pana zniszczył". Na pytanie Comeya, w jaki sposób "stworzył potwora", reżyser miał odpowiedzieć: - Sprawił pan, że został prezydentem. 

- Nigdy nie chciałbym opowiadać o kimś nieskazitelnym i [Comey] wie, że tak myślę. I wiedział od początku - zapewniał Ray w "Guardianie". - Moje zdanie na temat Jamesa Comeya jest takie, że nigdy nie powiedział publicznie ani słowa, które okazałoby się nieprawdziwe - dodał filmowiec. Za cel obrał sobie niemniej uniknięcie laurkowości, co wedle opinii recenzentów udało się połowicznie. James Poniewozik z "NYT" uważa na przykład, że serial

sugeruje, iż życie publiczne mogłoby być lepsze, gdyby wszyscy jego uczestnicy byli jak James Comey. Ale pokazuje też, jak katastrofalnie Comey nie pasował do świata, w którym nie wszyscy są tacy jak on. Zaczyna przypominać trumpowskie elity, wierzące, że trzymanie się ramy je ocali.

"Zasada Comeya". Brendan Gleeson: Chciałem, żeby to było coś warte

Odcinek drugi wprowadza nas za kulisy burzliwej relacji Comey-Trump. Billy Ray wspomina, że skompletowanie obsady "Zasada Comeya" - delikatnie mówiąc - nie należało do najłatwiejszych. O ile wcielający się w tytułowego bohatera Jeff Daniels był pierwszym wyborem, o tyle kandydaci do roli Trumpa byli różni — i każdy wstępnie odmawiał. - Rozumiałem to, bo amerykańskiemu aktorowi trudno byłoby mydlić oczy, że przyjęcie tej roli będzie świetne dla jego życia prywatnego, dla jego rodziny - wspominał w "THR" Billy Ray.

Brendana Gleesona, nazywanego irlandzkim Depardieu, do wejścia w buty Trumpa udało się przekonać argumentem, że serial będzie miał wartą zachodu siłę rażenia, a prezydent w jego wydaniu nie stanie się kreskówkową karykaturą. Gleeson z miejsca zaznaczył, że nie weźmie udziału w promowaniu "Zasada Comeya" przed premierą. - Nie miałem ochoty zapraszać [Trumpa] do swojego życia, znając jego bojową naturę i tak dalej - tłumaczył aktor w grudniu 2020 roku przy okazji rozmowy z Deadline. - Jednocześnie uznałem, że jeśli mam artystyczny cel i czuję, że naprawdę coś odkrywam, reszta się nie liczy. To było sporo do dźwignięcia, nawet w sensie emocjonalnym. Chciałem, żeby to było coś warte.

 

W zgoła innej sytuacji znalazł się Jeff Daniels. Kiedy wraz z Gleesonem kręcili kluczową dla serialu scenę prywatnej kolacji Trumpa i Comeya, podczas której prezydent zażądał od szefa FBI lojalności, na planie pojawił się właśnie Comey. - Prawie zwymiotowałem sobie na buty - opowiadał później. - Siedząc w ciemności, oni odtwarzali to, co sam przeżyłem, i to w sposób, który trudno mi było znieść na nowo. Uderzyło to we mnie jak fala.

 

W maju 2017 roku, po upływie zaledwie trzech lat z przewidzianych prawnie dziesięciu, Trump postanowił pozbawić Comeya stanowiska. Biały Dom zapewniał wtedy, że odwołanie Comeya nie miało nic wspólnego z dochodzeniem w sprawie potencjalnych powiązań sztabu wyborczego Trumpa z Rosją. Opublikowany blisko dwa lata później raport Muellera wskazuje, że o zwolnieniu szefa FBI zadecydowało przesłuchanie przed senatem, podczas którego Comey bynajmniej nie zaprzeczył wieściom o prowadzonym śledztwie (a Donald Trump na takie zaprzeczenie gorąco liczył). 

O swojej dymisji James Comey dowiedział się z telewizji, podczas spotkania z funkcjonariuszami w placówce w Los Angeles. W pierwszych chwilach, gdy na ekranach pojawiły się paski informacyjne "Comey odchodzi", myślał, że ktoś stroi sobie z niego żarty. Dopiero gdy asystentka przesłała mu skan oficjalnego listu dostarczonego do biura FBI w Waszyngtonie, do Comeya zaczęło docierać, co się wydarzyło. - W tym jest tyle dramatu, że nawet nie musieliśmy niczego podkręcać. Donald Trump napisał te sceny za mnie - skwitował na łamach "Washington Post" Billy Ray. 

Czteroodcinkowy miniserial "Zasada Comeya" można obejrzeć w serwisie CANAL+ online.

Więcej treści znajdziesz na JA+ rozrywka >>

Więcej o: