Za te filmy kochamy kino. One zrobiły prawdziwą rewolucję

Dobra, na początek zastrzeżenie - wybrałyśmy po pięć filmów każda, przyjmując zasadę, że rewolucja miała dokonać się za naszego życia. Dlatego nie znajdziecie tu ani "Deszczowej piosenki", ani "Łowcy jeleni", ani "Gwiezdnych wojen" czy "Łowcy androidów". I zanim zaczniecie nas krytykować, spróbujcie zrobić swoją własną listę pięciu, ba - niech będzie dziesięciu tytułów, i zobaczymy, czy łatwo wam pójdzie. Nam łatwo nie było, bo filmów, za które kochamy kino, są dziesiątki. Ale nasza lista (na ten moment) wygląda tak.

Justyna Bryczkowska: Jeśli idzie o największą rewolucję w kinie, której świadomie doświadczyłam za życia, to na mojej liście niepodzielnie panuje "Shrek". Miałam 11 lat, kiedy film wchodził na ekrany i doskonale pamiętam, że już na etapie oglądania zwiastuna bez dubbingu wiedziałam, że koniecznie muszę to obejrzeć i że już kocham ten film. Nie chodziło tylko o samą animację, która 21 lat temu robiła piorunujące wręcz wrażenie. Wyrywkowo wybrane dialogi i sceny naigrywające się z klasycznego podejścia do bajek i filmów dla dzieci tak znacząco różniły się od tego, co normalnie serwowano nam w kinach, że trudno było mieć wątpliwości, że dzieje się tutaj coś ważnego. Wiem, że pierwsze było "Toy Story", ale sama fabuła była tradycyjnie disneyowsko traumatyzująca i ogólnie nawet nie prosiłam, żeby ktoś mi kupił to na kasecie VHS. A "Shreka" tylko w kinie widziałam cztery czy pięć razy, a potem następne setki razy na wideo, DVD i w streamingu.

Marta Korycka: Ja też oglądałam kilkanaście razy przynajmniej, a dwa w kinie. 

Justyna: Bartosz Wierzbięta zrobił z tłumaczenia i dubbingu arcydzieło - pokażcie mi inny film, który ludzie potrafili cytować obudzeni w środku nocy przez następnych 10 lat. A wielu robi to dzisiaj. "Shrek" zaczął też epokę, w której filmy animowane zaczęły być kierowane bardziej dla dorosłych, dzięki czemu każdy mógł tam znaleźć coś dla siebie - do dzisiaj jestem rozczarowana, kiedy film jest tylko dla dzieci. "Shreka" kocham bezdennie za postmodernistyczną zabawę żartem, naigrywanie się z kanonów kulturowych i eleganckie robienie sobie jaj z nas wszystkich. 

Kalina JędrusikWeszła w szlafroku i poprosiła o kilka butelek szampana. Dla zdziwionych miała odpowiedź

Marta: Jeśli mówimy o specyficznym poczuciu humoru i robieniu sobie żartów ze społeczeństwa, no to nie możemy nie wspomnieć o "Dniu świra" Marka Koterskiego. Nie oglądałam tego filmu w kinie, choć bileterzy bez problemu by mnie na podstawie legitymacji na niego mogli wpuścić, nadrobiłam więc w telewizji. Marek Kondrat, jeden z najlepszych polskich aktorów XX wieku, wzniósł się tu na wyżyny, no ale miał też co grać! Scenariusz Koterskiego, obnażający bezwstydnie przywary Polaków, sprawia, że niejednokrotnie śmiech zamienia się w gorycz czy zażenowanie. Przerysowanie nie zmienia faktu, że to wszystko, co pokazują tu twórcy, jest bardzo prawdziwe. A choćby zdanie:

Jak tatuś zrobi dziubek to nie ma ch**a we wsi

cytuje już kolejne pokolenie (niekoniecznie tatusiów). 

Dzień Świra. Marek Kondrat jako Adaś MiauczyńskiKondrat odgrażał się na planie, że zabije Koterskiego deską z gwoździami

Justyna: Ze względu na to, jak nośne i żywotne są żarty, które cały czas krążą w różnych obiegach popkultury, a dialogi cytują kolejne pokolenia - choć minęło już ponad 20 lat od premiery - muszę wymienić film "Asterix i Obelix: Misja Kleopatra". Widzę ciągle nowe memy nawiązujące do tego tytułu, świeże pasty i nietracące na uroku odwołania do monologu skryby. Ponownie - wielka tu zasługa tłumaczenia Bartosza Wierzbięty, ale trzeba podkreślić, że te najważniejsze i uniwersalne grypsy to twórcy wpisali w film. Chodzi mi tu m.in. o odwołanie np. do obrazu "Tratwa Meduzy", porównywanie Cesarstwa Rzymskiego do złego Imperium z "Gwiezdnych wojen" czy cudowne muzyczne cytaty z Ennio Morricone. No i ta Monica Bellucci jako Kleopatra! 

Marta: To może jeszcze dorzucę jeden film skierowany m.in. do dzieci. Kiedy w 1993 roku rodzice zabrali mnie do nieistniejącego już warszawskiego kina Femina na produkcję zatytułowaną "Park Jurajski", nie myślałam, że następne dwie godziny z małym hakiem zmienią moje życie. To, co zobaczyłam na ekranie, nie przypominało niczego, co znałam do tej pory. Wielkie jaszczury wyglądały prawie jak żywe, były tak przerażające, że autentycznie pewnym momencie (gdy jeden z dinozaurów prawie dopadł dzieciaki w pomieszczeniu) podskoczyłam i krzyknęłam. I nie tylko ja! No a potem oczywiście, jak tysiące dzieciaków na całym świecie, postanowiłam zostać paleontologiem, oglądałam dokumentalne produkcje, zbierałam gazety o dinozaurach i marzyłam, że kiedyś pojadę na wykopaliska. Z tego wszystkiego jedyne, co mi zostało, to to, że gdzieś na półce u rodziców leżały te wszystkie książki i teraz korzystają z nich moje dzieci. Bo od niemal 30 lat moda na dinozaury dzięki franczyzie trwa. 

Justyna: "Cztery wesela i pogrzeb" pierwszy raz oglądałam chyba jeszcze jako przedszkolak, więc byłam nie w pełni świadoma, tego, że obserwuję prawdziwe narodziny gwiazdy. Ale jedno wiem na pewno: świat bez Hugh Granta i brytyjskiego poczucia humoru nie byłby taki sam! W połowie lat 90. o tej komedii wszyscy rozmawiali i wszyscy znajdowali w niej znajome elementy. Bo podkreślmy, że ten film ma wszystko, co potrzebne: zjadliwe żarty z przyjaciół i znajomych, trafne obserwacje zjawisk społecznych i socjologicznych, satyrę z ludzkich przywar, dużo czułości i ironii, uniwersalną prawdę o tym, jak trudno znaleźć miłość, a to wszystko było odpowiednio podlane sosem z życiowych, ale i tragicznych w wydźwięku wątków. Nie mogę też zapomnieć, że to był pierwszy film, w którym z ekranu przemówił do mnie Jaś Fasola - i zrobił to po byku. 

Zobacz wideo Klasyka komedii romantycznych - kto nie zna, poznać musi, kto zna, ten wie, o co chodzi

Marta: Zupełnie drugi biegun to film "Szósty zmysł" z Bruce’em Willisem i Haleyem Joelem Osmentem w rolach głównych. W 1999 roku M. Night Shyamalan zaserwował nam takie zakończenie, które zostawiało widzów w oszołomieniu wiele minut po wyjściu z kina. Kto widział, ten wie. Kto nie widział, pewnie by mnie oskarżył o spoilerowanie nawet te dwadzieścia kilka lat później, więc nie będę pisać, o co chodzi. Jeśli nie znacie tego filmu, zobaczcie koniecznie. To była chyba pierwsza produkcja, która determinowała myśl: musisz to obejrzeć jeszcze raz, żeby naprawdę zrozumieć wszystko, co pokazali filmowcy na ekranie.

Justyna: Ważnym punktem w moim filmowym kalendarzu była też oczywiście premiera filmu "Titanic". I muszę zaznaczyć, że było to zjawisko ambiwalentne. Z jednej strony jako mała dziewczynka byłam zachwycona tym, jak wspaniała była w roli Rose Kate Winslet - była piękna, charyzmatyczna i charakterystyczna. A do tego skrajnie zachwycają mnie po dziś dzień wszystkie jej kostiumy! Do tego obsesyjnie wręcz pokochałam piosenkę "My Heart Will Go On" - rodzina do dziś się ze mnie śmieje, bo kazałam sobie nagrać ten utwór osiem razy z rzędu na jednej kasecie. 

A z drugiej strony "Titanic" był POTWORNIE długi - trzy godziny to naprawdę dużo. I tu mam kolejne niepopularne wyznanie: bardzo, bardzo, bardzo nie lubiłam wtedy Leonardo DiCaprio. Po pierwsze, był jakiś dziwny - to niby był dorosły facet, a wyglądał jak dziecko. Po drugie - pół świata miało na jego punkcie obsesję. Im więcej starszych i młodszych dziewcząt piszczało, tym większy czułam opór. To była globalna psychoza. Jako polski mały "bombelek" oglądałam w latach 90. na kablówce francuskie filmy dokumentalne o tym, jak nastolatki tracą dla niego głowę i tapetują sobie nim pokoje. "Titanic" był kulminacją, ale już przy "Romeo i Julii" było srogo w tym zakresie. Swoją drogą, Baz Luhrmann ma do dziś moją wielką miłość za ścieżkę dźwiękową do "Romea i Julii" - kwintesencja tamtej dekady. 

Więcej ciekawych treści znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl

Marta: "Titanic" to moja pierwsza prawdziwa randka, więc ten film dla mnie osobiście ma znaczenie. Ale znowu zmienię klimat, wspominając brutalny i przełomowy "Pulp Fiction" Quentina Tarantino (choć niektórzy pewnie będą się upierać, że przecież wcześniej były "Wściekłe psy"). Ale to jednak "Pulp Fiction" z 1994 roku sprawił, że o Tarantino mówili wszyscy. Do dzisiaj to jest tak niesamowicie przesiąknięte i wchłonięte jednocześnie dzieło popkultury, jak rzadko się zdarza. Tam nie ma słabej roli, jest za to tyle perełek aktorskich, dialogowych (i oczywiście słynne tłumaczenie na polski z "robieniem z dupy jesieni średniowiecza" na czele - nie byłam w stanie w liceum na poważnie podejść do okładki monografii Johana Huizingi), no i nielinearna fabuła. To było naprawdę coś! I do dzisiaj się broni.  

Justyna: Nie możemy pominąć filmu "Fight Clubu". Ale wszyscy dobrze wiemy, że pierwszą zasadą Fight Clubu jest to, że się o nim nie rozmawia. Więc tak to zostawimy. Zamiast tego zaznaczę, że ważną epokę w kinie rozrywkowym wyznaczył "Iron Man". Wcześniejsze filmy o X-menach stworzyły dla niego fundament, ale to ekranizacja komiksów o Tonym Starku miała w sobie to wyjątkowe "coś". Przede wszystkim miała samego Tony’ego Starka w osobie Roberta Downeya Jr, który wrócił do świata kina po ciężkim okresie w życiu. To był pierwszy taki film na podstawie komiksów, który jednocześnie stanowił świetną zabawę, ale też pokazywał, że produkcje superbohaterskie nie muszą zawsze iść tym samym torem. A reszta to już współczesna historia. 

Pomóż Ukrainie, przyłącz się do zbiórki. Pieniądze wpłacisz na stronie pcpm.org.pl/ukraina

Więcej o: