Materiał promocyjny

„Imperium światła” – wizualny majstersztyk z mistrzowską rolą Olivii Colman

Po epickim rozmachu oscarowego dramatu wojennego „1917” reżyser Sam Mendes powraca z kameralnym, mocno angażującym emocjonalnie i olśniewającym wizualnie „Imperium światła”. To osobiste wyznanie Mendesa, nietypowa love story i hołd oddany niezwykłej mocy kina. Główną rolę zagrała laureatka Oscara za „Faworytę” Olivia Colman, pokazując po raz kolejny aktorską wirtuozerię. „Imperium światła” tylko w kinach od 3 marca.

Akcja „Imperium światła” rozgrywa się na początku lat osiemdziesiątych w nadmorskim, angielskim miasteczku. Czasy są trudne i niespokojne, Wielką Brytanią rządzi Margaret Thatcher. W miejscowym kinie Empire, które czasy swojej świetności ma już za sobą, spotyka się dwoje ludzi. Połączy ich uczucie, które oboje zaskoczy. Hilary (Olivia Colman) to kobieta w średnim wieku. Pracuje jako kierowniczka obsługi klienta w Empire. Hilary cierpi na chorobę afektywną dwubiegunową, niedawno wyszła ze szpitala. Do zespołu kinowego dołącza w pewnym momencie Stephen (Micheal Ward – „Mały topór”, „Top Boy”). Ten młody, ciemnoskóry chłopak, mimo przeciwności losu i rasizmu w Thacherowskiej Wielkiej Brytanii, ma w sobie jasność i apetyt na życie, które zafascynują Hilary.

Osobiste inspiracje i genialna Colman

Sam Mendes napisał scenariusz inspirując się m.in. swoimi doświadczeniami. Jak mówi w wywiadach, lata osiemdziesiąte był to czas, kiedy formowała się jego kulturowa i społeczna świadomość. W postaci Hilary jest wiele z jego matki, Valerie, która także choruje na ChaD. „To opowieść o dwóch outsiderach, kobiecie, cierpiącej na chorobę psychiczną i ciemnoskórym chłopaku, który z powodu polityki rasowej jest wyrzucony poza nawias” – powiedział Mendes w jednym z wywiadów. Valerie film widziała i bardzo jej się podobał.

„Są w tym filmie rzeczy, które próbowałem poruszyć, o których próbowałem pisać od lat” – dodaje reżysera. Rolę Hilary stworzył specjalnie z myślą o Olivii Colman. Jak opowiada, pisał podczas pandemii Covid-19 i oglądał serial „The Crown”, w którym grała Colman. Poczuł wtedy bardzo mocno, że to ona powinna zagrać w jego nowym filmie. Ich pierwsze spotkanie odbyło się online. Wybór był niezwykle trafny, Colman błyszczy u Mendesa, jej Hilary jest niepokojąca i fascynująca, bezradna i wyrachowana, infantylna i jednocześnie bardzo dojrzała.

Colman, gwiazda m.in. seriali „The Crown", „Ogrodnicy”, „Fleabag” i „Broadchurch” oraz takich filmów jak np. „Córka”, „Ojciec” czy „Nocny recepcjonista” i „Faworyta”, opowiada, że była pod wrażeniem propozycji Mendesa, którego filmy bardzo ceni. Jest wielbicielką „American Beauty”.

Hołd dla sztuki filmowej

„Imperium światła” to film wielowarstwowy, polifoniczny. Ma mocny wydźwięk społeczny – mówi o rasizmie, podejściu do osób z problemami zdrowia psychicznego oraz o dyskryminacji kobiet. Jest też hymnem ku czci kina, mocy sztuki i opowieścią o miłości. Lwia część akcji „Imperium światła” rozgrywa się w monumentalnym gmachu kina Empire, które co prawda ma za sobą lata świetności, ale nadal spełnia swoją podstawową rolę – wyświetla filmy i daje radość tym, którzy choć na chwilę chcą się oderwać od codzienności.


Dla Hilary i Stephena sztuka filmowa jest sposobem na wyjście z kryzysu, pewnego rodzaju rytuałem przejścia. Jest jak japońska sztuka naprawiania pękniętych naczyń, kintsugi, w której ślady pęknięć pokrywa się złotą laką. Kino jest światłem, które wyzwala emocje – dosłownie, czyli pod względem technicznym, i w przenośni. Ma w sobie magiczną moc zmieniającą życie. „To uczucie wywołane przez projekcję filmu, to lekkie migotanie, ta miękkość obrazu, to jest coś pięknego” – podkreśla Mendes. Wtóruje mu operator Roger Deakins: „Film ma w sobie coś niezaprzeczalnie magicznego”.

Obok Olivii Colman i Micheala Warda w „Imperium światła” zagrali też m.in. Colin Firth („Jak zostać królem”, „Samotny mężczyzna”) jako despotyczny kierownik kina Empire oraz Toby Jones („Bez skrupułów”), który wystąpił w roli zafascynowanego filmem operatora kinowego projektora.

Duet reżysersko-operatorski

„Imperium światła” to kolejny, piąty już film, który Sam Mendes zrobił razem ze znakomitym operatorem Rogerem Deakinsem. Wcześniej były to: „Jarhead. Żołnierz piechoty morskiej” (2005), „Droga do szczęścia” (2008), „Skyfall” (2012) oraz „1917” (2019) – za zdjęcia do tego filmu Deakins dostał swojego drugiego Oscara; pierwszy przypadł mu w udziale za film „Blade Runner 2049” Denisa Villeneuve. Operator ma na swoim koncie kilkanaście Oscarowych nominacji. Jest stałym współpracownikiem braci Coen, pracował na planie takich filmów jak m.in. „Skazani na Shawshank”, „Sicario” „Prawdziwe męstwo” czy „Kundun - życie dalajlamy”.

Deakins tłumaczy, że gdy czyta scenariusz, nie myśli o sposobie filmowania. Daje się uwieść historii i uważnie słucha tego, co ma do powiedzenia reżyser, bo to jego wizja jest najważniejsza. Zdjęcia do „Imperium światła” powstawały w Margate w hrabstwie Kent nad Morzem Północnym. To miejsce inspirujące niezwykłymi krajobrazami. Tam wybitny malarz J.M.W. Turner przyjeżdżał, by malować swoje romantyczne i przesączone światłem pejzaże.


„Imperium światła” zachwyca zdjęciami. Film jest wręcz malowany światłem, widać, że Deakins i Mendes rozumieją się bez słów. Wrażenie robi też scenografia, pieczołowicie odtworzone w każdym detalu kino Empire, centrum filmowego świata. Jest w warstwie wizualnej tego filmu niezwykła wręcz magia. Dopełnieniem całości jest ścieżka dźwiękowa, na której słychać brytyjskie piosenki z lat osiemdziesiątych XX wieku. Oryginalny soundtrack stworzył oscarowy duet Trent Reznor i Atticus Rose („Co w duszy gra” i „The Social Network”).

„Imperium światła” (Empire of Light), scenariusz i reżyseria: Sam Mendes, zdjęcia: Roger Deakins, Wielka Brytania, USA, 2022, czas trwania: 173 min.; Występują: Olivia Colman, Micheal Ward, Colin Firth, Toby Jones, Tom Brooke, Tanya Moodie.

„Imperium światła” już od 3 marca tylko w kinach.