Szalone lata 90. Polska to jeden, wielki Dziki Zachód, na którym można osiągnąć wszystko, jeśli tylko dostatecznie mocno się tego chce. Tomek (Dawid Ogrodnik) na pewno nie chce podzielić losu swojego ojca, zawiadowcy stacji PKP. Chłopak ma w życiu jedną pasję: disco polo. Tomek wierzy, że jest w stanie podbić muzyczny rynek, o którym nie ma pojęcia. Jeśli namówi swojego kolegę, utalentowanego instrumentalistę "Rudego", by zechciał towarzyszyć mu w przygodzie, listy przebojów staną przed nimi otworem.
"Disco polo" to muzyczna komedia debiutującego w pełnym metrażu Macieja Bochniaka - prywatnie męża Joanny Kulig, wcielającej się w ukochaną głównego bohatera, Gensoninę - który scenariusz napisał wspólnie z aktorem Mateuszem Kościukiewiczem, pojawiającym się tu w kilku scenach. Jest zresztą w "Disco polo" kilka zaskakujących wystąpień gościnnych i szkoda, że Kościukiewicz nie zdecydował się na uczynienie swojego jednym z nich. Gdyby przemykał przez ekran tylko w ramach ciekawostki, nierozpoznany przez większość widzów, wpisałby się w tradycję interesujących, hollywoodzkich easter eggów. Wydaje się jednak, że Kościukiewicz trochę za bardzo próbuje ekranowo zaznaczyć swoją obecność w tym projekcie.
Jeśli spodziewaliście się filmu wyśmiewającego disco polo, nieźle się zaskoczycie. "Disco polo" podejmuje - zapewne słuszną z marketingowego punktu widzenia - decyzję o traktowaniu naszego narodowego gatunku muzycznego jako przedmiotu sentymentu, uroczo polskiego i bardzo pozytywnego. Disco polo porównywane jest tu do muzyki country, którą Amerykanie uwielbiają (a co najmniej nie wstydzą się tradycji). W ogóle, trafne i efektowne porównania do Ameryki, wolnej amerykanki czy Dzikiego Zachodu zdarzają się w "Disco polo" bardzo często i chyba nieco zbyt nachalnie. Na szczęście, uroczo jarmarczna, kolorowa, nieco tandetna estetyka filmu dobrze się sprawdza, a wiele rozwiązań estetycznych może budzić uznanie ("Hiszpanka" mogłaby się uczyć).
Krwiobiegiem dla wizualnego serca filmu są aktorzy. Ich radość i żywiołowość zaraża widownię. Ogrodnik świetnie sprawdza się w roli prostego chłopaka, który naprawdę wierzy w potęgę polskiego disco, a Głowacki jest niezmiennie bezbłędny (choć powoli można zauważać spore podobieństwo kolejnych granych przez niego postaci). Tomasz Kot w roli rządzącego całym discopolowym biznesem Polaka (przez wielkie "P") balansuje na granicy niedopuszczalnej już dla niego w tym momencie karykatury, a Kulig nieco za bardzo podgrywa Katarzyną Figurą, ale żadne z aktorów nie wypada z odpowiednich torów. Do tego film oferuje kilka smacznych rólek epizodycznych, m.in. w wykonaniu Iwony Bielskiej, Janusza Chabiora i Jacka Komana.
Właściwie jedynym, na czym "Disco Polo" ucierpiało, jest leniwe scenariopisarstwo. W paru miejscach twórcom jakby zwyczajnie nie chciało się wymyślać logicznego ciągu dalszego, postanowili więc przeskoczyć od razu kilka scen dalej. Mój największy zarzut dotyczy jednak filmowych piosenek. Pojawiają się tu takie kawałki jak "Cztery osiemnastki", a największe hity głównych bohaterów to m.in. "Ona tańczy dla mnie" i "Jesteś szalona". Uważam, że autorzy zmarnowali niesamowitą okazję do napisania oryginalnych utworów, które dla niektórych mogłyby zresztą stać się nowymi discopolowymi przebojami, a dla innych być wspaniałą parodią gatunku. Rozumiem pewną narrację, prowadzoną odpowiednio dobieranymi do repertuaru utworami, ale można było osiągnąć o wiele więcej (i sprzedać potem mnóstwo płyt z oryginalną muzyką z filmu).
Mimo że uważam "Disco polo" za - w pewnym stopniu - straconą szansę, a film nie dorasta do pięt najlepszym zachodnim przedstawicielom gatunku, np. "Szaleństwom młodości" Toma Hanksa, które wylansowały m.in. kapitalny przebój "That Thing You Do!", nie wyobrażam sobie, że można się na tym filmie nie bawić świetnie.