Dima (znakomity Artiom Bystrow) to prosty hydraulik, który pilnie studiuje w nadziei na lepszą przyszłość. Dlatego, wraz z żoną i małym dzieckiem, nadal mieszka z rodzicami. Geny ewidentnie odziedziczył po ojcu, który przez swoją uczciwość do niczego w życiu nie doszedł. Dimę też nawet najbliżsi mają za durnia. Gdy zostaje pilnie wezwany do awarii w wielkim bloku zasiedlanym przez ludzi ze społecznych nizin, prędko oblicza, że stan budynku jest tak katastrofalny, iż w ciągu doby budowla powinna runąć.
Tytułowy bohater (choć właściwie wszystkich tu można by nazwać durniami) nie potrafi postąpić tak, jak zrobiłby na jego miejscu każdy - zwłaszcza że to nawet nie jest jego służbowy rejon - i zwyczajnie położyć się spać. Dima wparowuje na imprezę urodzinową skorumpowanej burmistrz (fenomenalna Natalia Surkowa), która po jego rewelacjach natychmiast powołuje równie skorumpowany sztab kryzysowy. Poza Dimą, w całym lokalu czysta jest tylko wódka.
Zaczyna się debata: czy wierzyć smarkaczowi? Co robić? Czyja to wina? W powietrzu fruwają efektowne oskarżenia o rozkradanie budżetu miasta, choć należałoby je raczej nazwać bezwstydnymi wyznaniami przewin. To bardzo teatralna, nieco sztuczna część filmu, ale i tak ogląda się ją z przyjemnością. Nie ma wątpliwości, że rządzący najchętniej pogrzebaliby zagrożone kilkaset osób i wrócili do zabawy (choć alkohol w przerwach i tak leje się dalej), ale to afera, której nie dałoby się już zatuszować. A może by się dało... No więc, co robić?
"Dureń" naprawdę solidnie wali po głowie, to obraz jeszcze bardziej ponury od "Lewiatana". Podczas gdy na Dzikim Zachodzie ostatni sprawiedliwy bywał chociaż szeryfem, prosty, naiwny Dima nie ma w swej krucjacie na Dzikim Wschodzie większych szans. Dramat Jurija Bykowa zmusza nas też do zmierzenia się z naprawdę trudnym pytaniem: jak my zachowalibyśmy się na miejscu Dimy?
Chociaż Bykow ("Żyć", "Major") zrobił trzeci bardzo podobny film, to za każdym razem jest coraz lepszy. To prawda, że podobnie jak autor innej premiery tego weekendu, Dżafar Panahi ("Taxi-Teheran"), nieco zastygł w charakterystycznym dla swej ojczyzny gatunku filmowym (Panahi w "irańskim kinie represyjnym", Bykow w "rosyjskim kinie korupcyjnym"), ale umie robić je pierwszorzędnie.