Słynna Czomolungma kojarzy się z czymś wielkim i niezdobytym, ale już w latach 90. na dobre rozwinął się biznes turystyczny, w ramach którego doświadczeni pogromcy góry oferowali bogaczom pomoc w wejściu na szczyt. Naturalnie, nie mogli to być kompletni amatorzy, ale zaawansowani wspinacze. Tyle że góry nie da się ujarzmić. Przekonali się o tym w 1996 r. uczestnicy tragicznej wyprawy, której spora część nie wróciła do domu. "Everest" to dość wierna rekonstrukcja tamtych wydarzeń.
Himalaiści do dzisiaj spierają się o to, jak było naprawdę. Reżyser Baltasar Kormakur ("Agenci", "101 Reykjavik") i scenarzyści William Nicholson ("Gladiator") oraz Simon Beaufoy ("127 godzin") postarali się o jak najdokładniejsze odwzorowanie rzeczywistości, chociaż niektórzy mogą być zaskoczeni, że Scott Fischer (Jake Gyllenhaal), lider wyprawy konkurencyjnej do tej prowadzonej przez głównego bohatera, Roba Halla (Jason Clarke), został przedstawiony jako niepotrafiący oderwać się od butelki lekkoduch.
Nie tylko miłośnicy wspinaczki wysokogórskiej - do których zdecydowanie się nie zaliczam - znajdą tu coś dla siebie. Film kręcony był w trudnych, rzeczywistych warunkach, co znajduje odzwierciedlenie na ekranie. Zdjęcia oraz dźwięk są fantastyczne i bezsprzecznie warto doświadczyć potęgi tytułowego bohatera filmu w 3D w kinie IMAX.
Dodajmy do tego długą listę znanych nazwisk w obsadzie (Sam Worthington, Keira Knightley, Emily Watson, Robin Wright czy znakomity Josh Brolin) i jakże istotny fakt, że nie jest to typowe, ckliwe, hollywoodzkie widowisko, a otrzymujemy świetny film katastroficzny, przygodowy i dramat w jednym.