Natalia Nykiel zawsze znajdzie okazję, żeby pogadać o muzyce latino. Po to stworzyła podcast [WYWIAD]

Chyba wszyscy znamy piosenkę "Guantanamera". Nie wszyscy jednak zdajemy sobie sprawę, jak ważny jest ten utwór dla Kubańczyków i mieszkańców Ameryki Łacińskiej. Nasz poziom wiedzy w temacie chce podnieść Natalia Nykiel, która ruszyła z podcastem "Zrozumieć latino". - Bardzo chcę zarzucić haczyk, zainteresować ludzi i złamać kilka stereotypów. Tak, żebyśmy spojrzeli na Amerykę Łacińską z innej perspektywy - mówi artystka w rozmowie z Gazeta.pl.

Podcast "Zrozumieć latino" to owoc wielkiej pasji Natalii Nykiel, która w ubiegłym roku na piątkę obroniła pracę licencjacką na kierunku kulturoznawstwo Ameryki Łacińskiej i Karaibów. Przez pryzmat przeróżnych gatunkowo utworów artystka chce przekazywać słuchaczom nowe konteksty i informacje - jak np. to, że kojarzone z Pablo Escobarem i narkotykami kolumbijskie Medellín można teraz nazwać współczesną stolicą muzyki. W słuchowisku Nykiel poruszy tematy polityczne, kulturowe i społeczne, które mają szansę otworzyć nam oczy na zupełnie nowy świat. Nam artystka opowiedziała nie tylko o tym, jak to wszystko się zaczęło, ale i m.in. o tym, jaka jest po hiszpańsku i dlaczego noszenie pióropuszy przez celebrytów to ważny temat. Nie zabrakło też kilku istotnych słów o jej nadchodzącej płycie, gdzie usłyszymy wymarzonego gościa Natalii. 

Zobacz wideo Po co artyści korzystają z masek? Daft Punk twierdzili, że są robotami

Maja Piskadło: Na początek pytanie z gatunku obowiązkowych: skąd pomysł na to, żeby zabrać się za podcast o muzyce latino?  

Natalia Nykiel: Moi znajomi mogą potwierdzić, że na każdym spotkaniu towarzyskim opowiadam ciekawostki o muzyce z Ameryki Łacińskiej i o samej Ameryce. Przy każdej okazji znajdę dobry moment, żeby to komuś sprzedać. Ponieważ znajomi słyszeli już wszystko, a ja uwielbiam o tym mówić, postanowiłam, że spróbuję swoich sił we własnym słuchowisku. Wraz z pierwszymi lekcjami hiszpańskiego na studiach zaczęłam słuchać muzyki w tym języku, bo tak najłatwiej jest mi się uczyć. Dziś siedzę w tym świecie tak mocno, że osiemdziesiąt procent mojej playlisty to piosenki po hiszpańsku i portugalsku. Szczerze mówiąc, lepiej ogarniam to, co się dzieje w tamtej branży niż w Europie czy Stanach - jest o czym opowiadać. A do tego za pośrednictwem takiej platformy można zrobić dużo dobrego. 

Nie będę się zgrywać, że znam się specjalnie na muzyce latino, jednak trudno nie zauważyć, że w ostatnich latach jej wpływ kosmicznie się poszerza. W zeszłym roku najpopularniejszym artystą świata według Spotify był Bad Bunny, po piętach depczą mu m.in. J Balvin, Maluma, Ozuna, KaRol G… Można wymieniać bez końca. Jak myślisz, z czego to wynika? Co ta muza w sobie ma?

Hiszpańskojęzyczny rynek muzyczny jest dużo większy, niż się nam wydaje. Patrząc na najpopularniejszych artystów latynoamerykańskich w naszych radiach, zauważysz, że pochodzą oni głównie z dwóch krajów - z Puerto Rico i Kolumbii. Swoją pracę licencjacką poświęciłam temu, dlaczego właśnie kolumbijska muzyka zdobywa taki rozgłos. Ma to uzasadnienie historyczne, m.in. w relacjach USA i Kolumbii na przestrzeni lat - ale ciągle mówimy o jednym kraju, a ile tam jeszcze różności! Muzyka latino to nie tylko reggaeton i gitarowe granie w stylu mariachi. Jest też przecież ogromna reprezentacja zespołów rockowych, brazylijski funk... 

Ale na pierwszy plan w Europie i tak wychodzą reggaeton i trap, z okazjonalnymi wyjątkami - no i to bogactwo latino rzeczywiście zdaje się europejskiemu głównemu nurtowi umykać. Masz misję, żeby na naszym rodzimym podwórku to zmienić?

Muzyka latynoamerykańska ma swoją siłę i nie mam wątpliwości, że jeszcze wiele jej odcieni się przebije na tej fali. Sama w ramach podcastu mam trochę inną misję, w kontekście wiedzy na temat tego kontynentu, której poziom w Polsce jest naprawdę mały. Chciałabym za pomocą popularnej muzyki opowiadać o historii, problemach społecznych, polityce, żebyśmy spojrzeli na Amerykę Łacińską z innej perspektywy. Bardzo chcę zarzucić haczyk, zainteresować ludzi i złamać kilka stereotypów. Żebyśmy się nie dziwili, jadąc na wakacje na Kubę, że poza resortami bieda aż piszczy; żeby Meksyk nie kojarzył nam się tylko z niebezpiecznymi gangami, a Kolumbia tylko z kokainą… Weźmy nawet tych artystów, których wcześniej wymieniłaś - niemała część z nich pochodzi z kolumbijskiego Medellín, kojarzonego przez wszystkich z Pablo Escobarem i narkotykami, a to przecież współczesna stolica muzyki! 

Dla mnie muzyka latino ma z jednej strony oblicze taneczne, a z drugiej - mocno zaangażowane politycznie i społecznie. Świetnym przykładem jest omawiana przez ciebie w drugim odcinku "Latinoamérica" zespołu Calle 13, który przez społeczny pryzmat stara się pokazać, jaka naprawdę jest Ameryka Łacińska. Ale, znowu, z jakichś przyczyn latino w takim wydaniu cieszy się zdecydowanie mniejszą popularnością.

Mogę ci zdradzić, że z reggaetonu też bardzo dużo da się wyczytać - np. à propos kultu machismo czy przemocy ze względu na płeć, o czym będę opowiadać w trzeciej części podcastu. Wśród mocno zaangażowanych gatunków można wymienić m.in. argentyński rock, czyli niezwykle ważny i specyficzny rodzaj muzyki, na który wielki wpływ wywarła i historia tanga, i krwawe losy polityczne. W jednym z nadchodzących odcinków podcastu planuję przybliżyć numer opowiadający o tym, jak w latach 70. ludzie byli wyrzucani z rządowych samolotów do Atlantyku. Niektóre z tych motywów mrożą krew w żyłach.

 

Cofnijmy się do samych początków twojej pasji - jak doszło do tego, że zrobiłaś woltę z inżynierii środowiska do zgłębiania kultury latynoamerykańskiej?

W chwili podejmowania tej decyzji byłam świeżo po ukończeniu inżynierii środowiska i wiedziałam, że nie pójdę na magisterkę. Zawodowo sporo się już u mnie działo, ale wiedziałam, że znajdę jeszcze czas na coś innego - i wpadłam na najdziwniejszy możliwy dla mnie kierunek studiów, czyli kulturoznawstwo Ameryki Łacińskiej i Karaibów. Pierwsze lekcje hiszpańskiego wprawiały mnie w przerażenie. Jako absolwentka mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że te studia otworzyły mi głowę na to, jak bardzo brakuje nam różnych perspektyw na otaczającą rzeczywistość. Pomijam już naukę języka, historii i różnorodności kulturowej Ameryki Łacińskiej, w których się zakochałam - najważniejsze jest dla mnie to, że zyskałam odmienny obraz świata.

Kiedy w podcaście opowiadasz o starcie twojej przygody z Ameryką Łacińską, wspominasz dwa zdania, które utkwiły ci w pamięci. Jedno z nich brzmi: "historia jest pisana przez zwycięzców", drugie to słynne szkolne "Kolumb odkrył Amerykę". Nie pamiętam, żeby uczono nas wiele np. o tym, jak Kolumb w swoich pamiętnikach podobno najpierw pisze, że ludzie, których spotyka na Haiti, nie mają języka - później przyznaje, że mają, ale nikt nie rozumie, co mówią. To niezrozumienie dla inności miało potem katastrofalne skutki.

Jeszcze ważniejsze dla Kolumba było to, że mieszkańcy wyspy mieli "coś złotego" - kolczyki czy narzędzia, którymi się posługiwali. Z tego spotkania dwóch światów, bo nie możemy tutaj mówić o "odkryciu", wywodzi się też przecież określenie "Indianie", które dziś jest uznawane za obraźliwe. Rdzenni Amerykanie, również ci w Stanach Zjednoczonych, otwarcie mówią o tym, że nie chcą być tak nazywani, bo brzmi w tym słowie echo podporządkowania i niższości. A my do tej pory bawimy się w Indian, zakładamy pióropusze, bo są fajne i kolorowe. Sporo się ostatnio dyskutuje o wykorzystywaniu pióropuszy przez różnych celebrytów czy osoby publiczne w kontekście przywłaszczenia kulturowego - to ważne, żeby mówić o tym, że takie zachowania nie są w porządku.  

Przemyślenie tego rodzaju ruchów i przyznanie się do błędu wymaga odwagi, na którą nie wszyscy artyści są gotowi się zdobyć i zamiast tego idą w zaparte. W obliczu tej niedużej wiedzy o innych kulturach, którą dostajemy, takie rzeczy przecież się zdarzają i warto o tym mówić…

Mnie samej na początku artystycznych działań bardzo podobały się pióropusze i przyznaję, że założyłam je na kilka występów. Nie miałam wtedy zielonego pojęcia, co one oznaczają dla rdzennych ludności, które oryginalnie ich używają. To symbole siły i odwagi, tradycyjnie noszone tylko przez osoby, które na to zasłużyły. Z uwagi na wszystko, czego się od tamtej pory nauczyłam, na pewno bym już tego nie powtórzyła. Trzeba o takich sytuacjach rozmawiać właśnie po to, żeby szerzyć tak bardzo nam potrzebną wiedzę.

Zostańmy jeszcze na chwilę w sferze nauki i wiedzy, ale językowej. W podcaście zdarza ci się mówić po hiszpańsku i robisz to świetnie. Myślę sobie, że chyba każdy, kto posługuje się kilkoma językami, może potwierdzić, że staje się trochę inną osobą, kiedy wkracza w różne językowe przestrzenie.

Ba, to jest nawet udowodnione naukowo!

Tym bardziej więc muszę cię spytać, jaka jest Natalia po hiszpańsku.

Powiem ci, że bardzo lubię siebie w hiszpańskiej wersji (śmiech). Mam wrażenie, że jak mówię w tym języku, pełnym emocji, jestem w jakimś sensie cieplejsza w obyciu - co prawda na ogół staram się taka być, jednak hiszpański tylko to potęguje. Ale, chociaż uwielbiam ten język, moje serce skradł portugalski. Podczas studiów w Lizbonie usłyszałam od wielu znajomych, że hiszpański to język namiętności, ale językiem miłości jest właśnie portugalski - i totalnie się z tym zgadzam. Wspaniała jest brazylijska odmiana portugalskiego, w której mówi się na pełnym uśmiechu - kiedy się nią posługuję, wydaje mi się, że ciągle się uśmiecham, a do tego jeszcze mam wrażenie, jakbym śpiewała.

Nie zdarzyło ci się jeszcze zaśpiewać po portugalsku na żadnym z twoich wydawnictw (na co bardzo czekam), ale za to oprócz piosenek po polsku i angielsku masz na koncie autorską hiszpańskojęzyczną "Quyę". Z doświadczenia - jak się tworzy muzykę w tych trzech językach? Rzeczywiście czujesz duże różnice na płaszczyźnie emocjonalnej?

W tej materii polski jest oczywiście najtrudniejszy. Przy ostatniej płycie śmialiśmy się z Foxem, że artyści powinni dostawać dodatkowe nagrody za pisanie dobrych, sensownych piosenek po polsku. Trudno się w naszym języku wyraża bezpośrednio - musisz szukać metafor, które tę bezpośredniość wyniosą na wyższy poziom, co jest naprawdę niełatwe. Angielski i hiszpański to inna bajka - wykładasz kawę na ławę i jak najbardziej ma to sens, ale w hiszpańskim jest jeszcze dodatkowy ładunek emocjonalny. Zastanawiam się, jak by to było, gdybym przeniosła ten polski, metaforyczny styl pisania na hiszpański. Gdybyś przetłumaczyła sobie tekst "Quyi", zobaczyłabyś, że to nie jest klasyczna hiszpańska "kawa na ławę", bo język polski mnie takiego pisania nie nauczył.

 

Ale po polsku też potrafisz pięknie muzycznie szyć, co udowodniłaś wielokrotnie - i spodziewam się, że podobnie będzie z trzecią płytą, którą niedawno skończyłaś nagrywać. Możesz na ten moment coś o niej zdradzić?

Na razie zdradzę tyle, że płyta będzie w całości po polsku i że pojawi się na niej gość specjalny, którego już ujawniłam na Instagramie - Piotr Rogucki. Spełniło się w końcu moje marzenie. Kiedy zadzwoniłam do Piotra i obgadaliśmy plotki i tematy okołokoronawirusowe, przyznałam, że przybywam do niego z konkretną muzyczną sprawą, na co on odpowiedział: "no nareszcie". 

No proszę - najpierw to ty czekałaś na niego, teraz on na ciebie. Co tak długo?

Tworząc moje poprzednie płyty, wypatrywałam na taki duet dobrego momentu, ale nadszedł on dopiero teraz. 

 

Ostatnio przeczytałam w sieci komentarz: “Natalia Nykiel kiedyś nagra płytę, która zmiecie polską scenę pop”. Mamy się nastawiać, że to będzie ten krążek?

Oj, nigdy nie wiadomo, wyjdzie w praniu (śmiech). Miałam przy tym albumie tylko jedno założenie - że ma to być od początku do końca płyta pop. Do tej pory, kiedy siadaliśmy z Foxem do pracy, dawaliśmy sobie przestrzeń na robienie tego, co nam w duszy gra i na bieżąco sprawdzaliśmy, co z tego wyniknie. Przyświecała nam dewiza: im mocniej, dziwniej, tym lepiej. Teraz postanowiliśmy zadziałać na przekór sobie i zabraliśmy się do tego zasadniczo, jak do prawilnego albumu popowego. 

Czekaj, czekaj, czyli singiel country był zmyłką?

"Atlantyk" w sumie urodził się z eksperymentów, które udzielały się nam z Foxem w studiu - uważam, że to jedna z najlepszych piosenek, jakie kiedykolwiek napisaliśmy. To country rzeczywiście jest trochę oczkiem puszczonym do słuchaczy, ale nie mówię, że w przyszłości nie usłyszycie u mnie gitary, której do tej pory nie wykorzystywałam.

 

Zaskakiwanie słuchaczy zdecydowanie dobrze ci idzie. Twoje ostatnie muzyczne dziecko, "Origo", namieszało, bo nie tylko ty pokazałaś się w ognistej, bezkompromisowej odsłonie, ale w ogóle był to spory powiew świeżości - i dowód na to, że na naszej scenie nie wszystko jeszcze zostało powiedziane. Aktywnie starasz się uciekać przed szufladkami?

Przede wszystkim lubię, jak dużo się dzieje. Uważam, że na wszystko przychodzi odpowiedni czas - i tak też po "Discordii" z miejsca wiedziałam, że chcę zrobić coś, co będzie wyrazem wszystkich moich artystycznych marzeń i pomysłów. Zdawałam sobie sprawę, że żaden z tych numerów nie zostanie dobrze przyjęty w radiu, szczególnie że anglojęzyczne propozycje polskich artystów sobie u nas nie radzą, ale nie przejmowałam się tym, bo nie taki był mój cel. Zrobiłam, co chciałam, album został znakomicie przyjęty, przyniósł mi Fryderyka za Album Roku, otworzył mi wiele drzwi poza Polską. Teraz, kiedy w pewnym sensie zeszłam do undergroundu, postanowiłam stworzyć coś na odwrotną modłę. Takie mam na ten moment pragnienie. 

Nie interesowało mnie nigdy specjalnie to, jak jestem szufladkowana - określenie, że robię elektropop, pojawiło się wraz z pierwszymi recenzjami "Lupus Electro". Wcześniej się nawet nad tym nie zastanawiałam, bo granice międzygatunkowe są dziś totalnie pozacierane. Muzyka jest po to, żeby kolorować nam życie i dopóki szukamy w tych kolorach własnego sposobu na wyrażanie siebie, jest super. Wokół popu narósł taki stereotyp, że "popowe" oznacza "nastawione tylko na kasę". Nie! Pop to bardzo szeroki nurt, który można grać dobrze, jeżeli serio się chce - i mam zamiar to udowodnić. 

Czyli jesteś gotowa na opinie "życzliwców", którzy być może będą chcieli cię skierować w inną, "słuszniejszą" muzycznie stronę?

Takie głosy znajdą się zawsze, ale jestem gotowa. Podobnie jest zresztą z podkastem - mam pewne obawy w związku z tym, że będzie tam dużo treści politycznych, historycznych i społecznych, które można różnie interpretować. Zdaję sobie sprawę, że wprowadzam dużo uogólnień, że czasami zdarzy mi się pomylić jedno słowo z innym… Na pewno będą osoby, które mnie za te - skądinąd znaczące - słówka będą łapać i usłyszę, że wygaduję jakieś herezje. Absolutnie nie wiem wszystkiego i nie udaję, że tak jest, ale z drugiej strony nagromadziłam przez lata sporo ciekawych, fascynujących dla mnie informacji i chcę się nimi tak po prostu, pozytywnie podzielić z osobami, które chcą się nauczyć czegoś nowego. To dla mnie najważniejsze.