Hasło "Przemoc. Twoja sprawa" ciągle aktualne. Dziś siniaków często nie widać: są wirtualne

"Ala ma siniaki" to hasło z plakatu, który zwyciężył w 12. edycji konkursu Galerii Plakatu AMS pod hasłem "Przemoc. Twoja sprawa." Dziś napastnicy nie muszą wychodzić z domu, by nienawidzić, atakują przez internet, we własnym pokoju.

- Autor zwycięskiej pracy na plakacie umieścił tylko trzy słowa będące parafrazą zdania, od którego chyba każdy w Polsce rozpoczyna naukę pisania - mówiła w 2012 roku, po ogłoszeniu wyników, członkini jury psychoterapeutka Katarzyna Miller. - Wyobrażenie radosnej dziewczynki z warkoczykami, która "ma kota" zastępuje wizja brutalnej rzeczywistości, gdzie Ala jest bita. Plakat ten - bardzo subtelny w formie - jest jednocześnie niezwykle sugestywny.

Są w internecie społeczności, które przypominają stada wściekłych psów

Dziś siniaków często nie widać: są wirtualne. - Hejterzy, jak wynika z badań, są często niepewni siebie. Boją się prawdziwego świata, szukają więc sposobu na to, aby dominować, chociażby w świecie wirtualnym. Kiedy piszą, że ktoś jest - mówiąc eufemistycznie - "brzydki i głupi", zyskują w swoim mniemaniu psychologiczną władzę nad ofiarą. A władza - co wiemy od dawna - potrafi uzależniać. Nawet ta patologiczna, oparta na agresji i strachu. Są w internecie społeczności, które przypominają stada wściekłych psów. Hierarchię tworzy tam poziom agresji. Użytkownicy rywalizują między sobą w tym, kto zachowa się bardziej okrutnie, kto wymyśli większą obelgę albo doda bardziej okrutny film - mówi dr Jakub Kuś, psycholog z Uniwersytetu SWPS, który bada wpływ nowych technologii na funkcjonowanie człowieka i relacje międzyludzkie.

I dodaje, że nasz system edukacji pod tym względem nie działa. Bo gdyby działał poprawnie, młodzi ludzie nie szukaliby ucieczki od norm społecznych. - A temu właśnie służą te grupy: anonimowo, w kompletnej sprzeczności wobec nauczycieli i wychowawców, można cyfrowo kąsać i gryźć - mówi dr Kuś.

Internetowa agresja często jest bezcelowa, przypadkowa. Po śmierci 27-letniej blogerki ludzie pisali na forum: "W końcu zdechła". Kiedy zginął 10-letni syn popularnego dziennikarza: "Zasłużyłeś". Wreszcie zaszczuli 14-letniego Dominika Szymańskiego z Bieżunia. Dominik powiesił się, gdy jego mamy nie było w domu. W pożegnalnym liście do niej napisał: "Jestem zerem". Nienawiść nie skończyła się nawet wtedy, gdy umarł. Po jego śmierci można było przeczytać komentarze: "Nareszcie nie żyje".

Dr Kuś: - Dla młodego człowieka, który dopiero kształtuje swoją osobowość, komentarze w stylu "Jesteś tragiczny", "Nie powinieneś żyć" to cios w tożsamość. Jeżeli 14-latek usłyszy od rówieśników, że jest zerem, to potrzebuje niesamowicie wielkiej siły i wytrzymałości, żeby sobie z tym poradzić. Wygrzebanie się spod ciężaru takich obelg jest niezwykle trudne, czasem niemożliwe.

Galeria plakatu AMSGaleria plakatu AMS mat. prasowe

Hejt ma swoje prozaicznie, ludzkie korzenie - to nasi znajomi, sąsiedzi, rodzina

W skrajnych przypadkach hejterzy stają się patostreamerami. To specyficzny gatunek twórczości internetowej – w 2018 roku Google poinformował, że jest obecny jedynie w polskiej sieci. Twórcy patostreamów urządzają transmisje na żywo, podczas których piją alkohol, awanturują się i stosują przemoc.

Prof. Anna Giza-Poleszczuk, socjolog, powody popularności tego zjawiska widzi przede wszystkim w osamotnieniu dzieci, które czują się dziś opuszczone, niewysłuchane i pozbawione uwagi ze strony dorosłych: - Polacy po 1989 roku rzucili się w wir pracy. W imię poprawy warunków życia i żeby więcej zarabiać, zaniedbaliśmy relacje społeczne i relacje w naszych rodzinach - mówiła w rozmowie z "Wyborczą".

Najbardziej agresywni w sieci to około 10 proc. użytkowników. Pozostałe 90 proc. po prostu nie reaguje. Nie czują się odpowiedzialni za innych. Tłumaczy to klasyczny nurt badań nad rozproszeniem odpowiedzialności: im więcej osób obserwuje czyjąś krzywdę, tym mniej będzie chciało pomóc. Odpowiedzialność za reakcję rozmywa się w tłumie. A w internecie ten "tłum" jest potencjalnie nieskończony. Jak więc walczyć z internetową przemocą?

- W mojej opinii bardzo udaną psychologicznie akcją było prezentowanie agresywnych, wulgarnych wypowiedzi obok zdjęć ich autorów. To pokazało, że hejt ma swoje prozaicznie, ludzkie korzenie - to nasi znajomi, sąsiedzi, rodzina. To robi wrażenie na internetowej społeczności. Dość ciekawy pomysł to współpraca z blogerami, np. kampania #StopMowieNienawiści. Zaproszono do niej autora popularnego kanału na YouTube Krzysztofa Gonciarza, który prowadzi program "Zapytaj Beczkę". Zwykle odpowiada w filmach na pytania pojawiające się w komentarzach pod poprzednimi filmikami. Tym razem odniósł się do tych szerzących mowę nienawiści, mówił m.in. o agresywnych wypowiedziach dotyczących uchodźców. Dotarł do tysięcy osób - mówi dr Kuś.

Cyfrowych akcji przeciw nienawiści w sieci jest więcej. Fundacja Dzieci Niczyje we współpracy z facebookiem zachęcała: "Przytul hejtera". Przygotowała też teledysk, w którym Paprodziad (Łąki Łan), raper Proceente i Anna Karwan, laureatka The Voice of Poland, śpiewają m.in.: "Widzę hejterze, że jest ci smutno / Znienawidziłeś już całą ludzkość / Współczuję szczerze ci, bidulo / Przytulę cię, jakbym był twoja matulą".

 

Sprite w kampanii "Trwa sezon hejterów. Żyj rześko" opowiada historie ludzi dotkniętych hejtem, którzy dzielą się swoim doświadczeniem z innymi. Radzą: "Hejt rodzi hejt, walcz z nim miłością", a w tle gra " All you need is love".

Z kolei Fundacja Orange swoją akcję społeczną opiera na haśle "Jest nas więcej". I chce udowodnić, że "kulturalni internauci stanowią większość i że warto uczyć młodych reagowania na hejt, by powstrzymać to zjawisko". Kampanię wspierają m.in. Tomson i Baron z zespołu Afromental. W filmowym manifeście muzycy tłumaczą: "My już przeszliśmy drogę z hejtem i potrafimy sobie z nim radzić. Ale młodzi ludzie nadal nie wiedzą, jak reagować na takie komentarze. Wcale nie jest najgroźniejszy ten, co najgłośniej szczeka. Możemy tylko powiedzieć, żeby trzymać głowę wysoko, bo osób przeciwnych wszystkim chamskim komentarzom w sieci jest więcej."

- Uczmy tolerancji, uczmy rozumienia inności. Widzisz hejt? Reaguj natychmiast. Być może twój komentarz będzie tym, który da komuś nadzieję. Napisz, że to jest złe. Zgłoś sprawę do administratora strony. To tym ważniejsze, że my cierpimy na coraz silniejszą erozję zwykłej empatii. Nie umiemy wczuć się w drugiego człowieka - dodaje dr Kuś.

Dobrym przykładem analogowych działań przeciw przemocy jest program "Strefa empatii", który w 2017 roku wystartował w Częstochowie. Uczniowie biorą tam udział w warsztatach z mediacji, uczą się jak rozładować napięcie czy nie dopuścić do bójki na przerwie między lekcjami. Urząd Miasta w Częstochowie przygotował też grę edukacyjną "Na tropie uprzedzeń", która mówi o stereotypach oraz mapę grup narażonych na dyskryminację.

Przestrzeń publiczna jest naszym dobrem wspólnym

Nie tylko dzieci warto edukować. Tramwaj Interwencji Pasażerskiej wyjechał na stołeczne torowiska w ubiegłym roku, po serii napaści na cudzoziemców: pijani mężczyźni pobili Egipcjanina, właściciela baru z kebabem; inni zaatakowali nastolatków, którzy głośno rozmawiali po niemiecku.

Według wyników badań opublikowanych przez CBOS, aż 65 proc. Polaków nie lubi Arabów, a ponad połowa badanych deklaruje niechęć w stosunku Romów. Około 40 proc. ankietowanych wyraża też niechęć wobec Rosjan, Ukraińców i Rumunów. Przy tym - jak wskazują badania Rzecznika Praw Obywatelskich - rzeczywista skala przestępstw z nienawiści wobec Ukraińców, migrantów z państw muzułmańskich i z Afryki Subsaharyjskiej jest bardzo niedoszacowana; tylko 5 proc. jest zgłaszane policji. Na przykład w województwie małopolskim w latach 2016-2017 popełniono 44 tys. przestępstw z nienawiści wobec społeczności ukraińskiej, ale prowadzono tam tylko 18 postępowań karnych w tych sprawach. Z kolei w mazowieckim odbyło się 31 postępowań w odniesieniu do ofiar przestępstw z krajów muzułmańskich - badania wykazują zaś, że doszło tam do 4300 takich czynów.

"Ofiary tych przestępstw zmieniają codzienne nawyki - rezygnują z publicznego używania języka ukraińskiego; muzułmanie unikają ubiorów kojarzących się z ich religią, a migranci z Afryki Subsaharyjskiej próbują wręcz ukrywać kolor skóry" - alarmuje biuro RPO.

- A przecież przestrzeń publiczna jest naszym dobrem wspólnym i chcemy, żeby każdy czuł się w niej bezpiecznie, niezależnie od kraju, z którego pochodzi. Chcemy dać okazję do rozmowy z obcokrajowcami i wymiany doświadczeń na temat reagowania w sytuacji agresji na ulicy czy w transporcie publicznym. Przejazd z nami to gest solidarności z mniejszościami mieszkającymi w Warszawie, w szczególności osobami z innych państw, które są narażone na nierówne traktowanie i agresję - tłumaczył "Wyborczej" Miłosz Lindner, który wymyślił Tramwaj Interwencji Pasażerskiej.

Dr Kuś: - Nienawiść świetnie rozwija się w społeczeństwach homogenicznych, które bronią się przed inności.

Plakat poruszający problem przemocyPlakat poruszający problem przemocy mat. prasowe

Na nienawiść i agresję niezwykle często narażenie są więc nie tylko obcokrajowcy, ale też osoby o odmiennej orientacji seksualnej. Wyjątkowo boleśnie przekonaliśmy się o tym podczas pierwszego Marszu Równości w Białymstoku. - To być może najbardziej spektakularny przykład przemocy w ostatnim czasie - mówił "Wyborczej" prof. Rafał Pankowski z Collegium Civitas, współzałożyciel stowarzyszenia "Nigdy Więcej". - Zjawiska takie jak homofobia, ksenofobia i niechęć wobec wszelkiej odmienności, różnorodności i mniejszości nie są jednak nowe. Nasze stowarzyszenie ostrzega przed nimi od połowy lat 90., chociaż w ostatnim czasie zauważamy ich nasilenie. Kilka lat temu przez Polskę przetoczyła się fala islamofobii, potem antysemityzmu, a w tym roku mamy homofobię. Widzimy, że te różne formy nienawiści się uzupełniają.

Gdy Weronika Rosati opowiedziała o przemocy, ludzie najczęściej pisali: "Mnie się też to przydarzyło"

Przemoc to także problem domowy. W 1995 roku, gdy powstawała Niebieska Linia o przemocy w rodzinie się nie mówiło, a policja nie miała procedur postępowania w takich sytuacjach. Mimo to już w pierwszym roku działa, telefon zadzwonił niemal 4 tys. razy.

Tymczasem w ubiegłym roku, według danych policji aż 88133 osób doświadczyło przemocy w domu. W większości - kobiety. Ponad 65 tys. z nich miało do czynienia z przemocą psychiczną, ekonomiczną czy fizyczną. I choć od momentu uruchomienia Niebieskiej Linii świadomość kobiet się zwiększa, to wciąż temat tabu. Gdy Weronika Rosati w "Wysokich Obcasach" opowiedziała o przemocy, jakiej doświadczyła w związku, spowodował lawinę komentarzy i listów. Najwięcej było tych, które mówiły: "Mnie się też to przydarzyło".

"Przemoc - seksualna, psychiczna, fizyczna, ekonomiczna albo wszystkie naraz - dotyka i może dotknąć każdą kobietę. Nie tylko tę w patologicznych związkach, również tę zamożną, wykształconą, znaną, należącą do elity. Przemoc jest jak wirus: panoszy się i krzywdzi, kiedy nie reagujemy. Wykształcenie, pozycja, praca nie są żadną szczepionką" - pisze w "WO" prof. Magdalena Środa. I dodaje, że choć konwencja Rady Europy o zapobieganiu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej została w Polsce ratyfikowana, nie jest stosowana.

"Politycy odrzucają konwencję, bo zwraca uwagę na to, że jedną z przyczyn przemocy i bezradności wobec niej jest wychowanie dziewcząt i chłopców. Trzeba je tak zmienić, by chłopcy nie czuli się bezkarnymi macho, a dziewczynki wiedziały, że przemoc jest zła, i umiały się przed nią bronić. Trzeba wychowywać młodych ludzi w poczuciu równości i różnorodności" - apeluje.

Weronika Rosati mówi o przemocy - XI Kongres Kobiet w WarszawieWeronika Rosati mówi o przemocy - XI Kongres Kobiet w Warszawie Fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Gazeta / / Agencja Gazeta

"Kocham. Nie daję klapsów"

Na Niebieską Linię dzwonią także dzieci i młodzież: tylko w ubiegłym roku było to ponad 12 tys. zgłoszeń. I choć prawie dziewięć lat temu w Kodeksie rodzinnym zakazano stosowania kar cielesnych, bicie - jeśli nie spowodowało uszkodzenia ciała - nie ma następstw karnych. Może jedynie stanowić podstawę do ograniczenia lub pozbawienia władzy rodzicielskiej.

Niedługo później internet rozgrzał się dzięki akcji "Kocham. Nie daję klapsów." Akcję wymyśliła Anna Golus. "Kiedy na początku 2012 roku inicjowałam kampanię, niewiele było w polskim internecie wygłaszanych przez internautów głosów potępienia przemocy wobec dzieci. Wprost przeciwnie: zwłaszcza na forach internetowych roiło się od wypowiedzi w stylu „Klaps to nie bicie”, „Dupa nie szklanka”, „Należy odróżnić klapsa od katowania”, „Od lania jeszcze nikt nie umarł”, „Ja byłem bity i wyrosłem na porządnego człowieka”. (...) Dziś bez wątpienia zdecydowanie więcej jest wypowiedzi blogerów, którzy na swoich blogach jasno i wyraźnie, zwykle bardzo mocno, nierzadko w niezwykle osobistym tonie, często pięknie i wzruszająco, sprzeciwiają się wszelkim formom przemocy wobec dzieci, w tym bagatelizowanym klapsom" - pisała Anna na swoim blogu.

Do akcji dołączył m.in. Konrad Kruczkowski, reporter i bloger "Halo Ziemia". "W praktyce zamiast wychowywać, dopuszczamy się masowej zdrady wychowania. Pod niedopasowanym płaszczem troski ukrywamy własną bezsilność, brak kompetencji i niedojrzałość pozbawioną terminu ważności. (...) Klaps jest aktem przemocy. Próba definiowania klapsów jako metody wychowawczej to eufemizm, który ma uspokajać sumienia" - napisał.

I, niestety, wciąż trzeba o tym przypominać. W czerwcu tego roku burzę rozpętała wypowiedź rzecznika praw dziecka Mikołaja Pawlaka, który w wywiadzie dla "Dziennika Gazety Prawnej" powiedział, że „trzeba rozróżnić, czym jest klaps, a czym jest bicie". I dodał, że "klaps nie zostawia wielkiego śladu". Pawlak nie jest wcale w swoich poglądach samotny. "O ile większość Polaków nie aprobuje kar cielesnych, zwłaszcza mocniejszego bicia (lania), o tyle nadal, choć rzadziej niż przed laty, przyzwala się na ogół na karcenie poprzez klapsy" - czytamy w badaniu CBOS.

Nieco ponad 60 proc, osób uważa, że nie powinno się stosować kar cielesnych; 70 proc. sprzeciwia się mocnemu biciu, ale już tylko 37 proc. - klapsom (wzrost z 25 proc. w porównaniu do 2012 roku). Aż 61 proc. dorosłych uważa, że są sytuacje, w których trzeba dać dziecku klapsa.

To m.in. do nich skierowana była ubiegłoroczna kampania "Nie daję klapsów. Potrafię się zatrzymać". I będą kolejne - wszystkie z nadzieją na jedyny właściwy wynik badań: 100 proc. sprzeciwu wobec przemocy.

Więcej o: