Lowelas i drobny złodziejaszek, od którego Nicolas "60 sekund" Cage mógłby się sporo nauczyć, kradnie furę i jedzie do Paryża, by odzyskać kasę oraz kobietę, która wyjątkowo zapadła mu w pamięć. Niestety, Michel (Jean-Paul Belmondo w swej przełomowej roli) zabija po drodze stróża prawa. Ścigany przez policję, ma jeszcze mniej czasu, by namówić Patricię (absolutnie zjawiskowa Jean Seberg) na wspólną ucieczkę.
Zdecydowanie nie jestem fanem Nowej Fali - tak alogiczne postępowanie bohaterów współczesnego filmu doprowadziłoby do rychłego rozszarpania go przez widzów i krytykę - ale pełnometrażowy debiut Jeana-Luca Godarda, jeden z obrazów założycielskich nurtu, jest naprawdę zachwycający. Autor inspirował się i oddawał hołd cudownemu amerykańskiemu noir, jednocześnie otwierając nowy rozdział w historii kina.
Na ekrany wraca właśnie dzieło, które doprowadziło do jednej z największych filmowych rewolucji. Godarda chwali się dzisiaj m.in. za wynalezienie - w "Do utraty tchu" szalenie irytującej i koszmarnie niechlujnej - techniki skokowego montażu (jump cuts), tyle że twórca dokonał tego przypadkowo, będąc zmuszonym do solidnego cięcia w celu skrócenia filmu. Można mieć problem z pierwszym aktem, ale gdy akcja przenosi się do mieszkania Patricii, by pozwolić bohaterom leniwie i arcydługo rozprawiać o życiu, śmierci, miłości i całej reszcie, trudno nie poddać się urokowi jednego z najważniejszych debiutów wszech czasów. Co ważne, w przeciwieństwie do wielu klasycznych pozycji, nadal zaskakuje świeżością i wciąż ogląda się znakomicie.