To wigilia w Los Angeles, ale zapomnijcie o śniegu i Św. Mikołaju - na scenę wjeżdża transseksualna prostytutka Sin-Dee, która właśnie wyszła na wolność po czterech tygodniach spędzonych w więzieniu. Jej najlepsza przyjaciółka i koleżanka po fachu informuje zdruzgotaną bohaterkę, że chłopak i alfons Sin-Dee w jednym nie pościł przez ostatnie 28 dni... Co gorsza, chłopak zdradzał Sin-Dee ze zwykłą, normalną dziewczyną. Zraniona lwica postanawia dorwać laskę i doprowadzić do wielkiej konfrontacji.
"Mandarynka" to absolutna rewelacja ostatniego festiwalu w Sundance. Nigdy nie domyślilibyście się, że została w całości nakręcona... przy użyciu iPhone'a 5s! Wcielający się w zdradzającego Chestera James Ransone ("Sinister 2", parę odcinków "Prawa ulicy"), jeden z nielicznych prawdziwych aktorów w gronie występujących tu naturszczyków, przyznał, że grając w filmie Seana Bakera ("Gwiazdeczka") czuł, że upada naprawdę nisko. Niepotrzebnie, bo od strony technicznej amerykański komediodramat prezentuje się świetnie i być może otwiera najbardziej demokratyczny rozdział w historii kręcenia filmów.
Nieco gorzej jest z fabułą, którą dałoby się streścić w jednym zdaniu. Jak długo można podążać za bohaterkami tymi gorszymi ulicami LA i patrzeć jak wszyscy kłócą się ze wszystkimi, co w finale doprowadza do męczącej awantury rodem z "Trudnych spraw"? Zbawieniem "Mandarynki" są wcielające się w główne bohaterki - i zapewne bardziej będące po prostu sobą, niż grające - Kitana Kiki Rodriguez i Mya Taylor. Panie mają w sobie tyle podbijanej dubstepową ścieżką dźwiękową energii, że chociażby dla nich można dać tej niezależnej produkcji szansę. Choć to na pewno nie jest film dla każdego. Ocena: 3/6