Dziennikarz postrzelony w głowę w Los Angeles. "Byłem sam, byłem łatwym celem"

Protesty w Los Angeles przerodziły się w zamieszki brutalnie tłumione przez służby. W zamieszaniu gumowe kule trafiły reporterów z Australii i Wielkiej Brytanii.
Protesty w Los Angeles
Fot. REUTERS/David Ryder

Podczas protestów w Los Angeles ucierpiało już ponad 20 dziennikarzy, relacjonujących sytuację na miejscu. Poszkodowani ucierpieli od postrzałów gumową amunicją, której używają służby wysłane przez władze stanu i władze USA.

Los Angeles. Brytyjski fotograf postrzelony w głowę, australijska reporterka - w nogę

Protesty trwają w Los Angeles już od kilku dni. Jak informują amerykańskie media, uczestników jest z każdą dobą coraz mniej, ale przebieg protestów zaostrza się tak samo, jak reakcja na nie władz. Służby do rozpędzania tłumów użyły gumowych kul, granatów błyskowych i hukowych. Pracujący na miejscu reporterzy sami stali się celem ataków sił porządkowych - w sprzeciwie wobec działania władz wypowiedziała się m.in. organizacja zrzeszająca dziennikarzy w Ameryce Północnej. Przedstawicielka CPJ apeluje o zaprzestanie działań ofensywnych przeciwko dziennikarzom wykonującym swoją pracę:

Zniechęcanie lub uciszanie mediów poprzez zastraszanie lub ranienie reporterów nie powinno być tolerowane. To obowiązek władz, by zapewnić mediom możliwość relacjonowania i dokumentowania wydarzeń ważnych dla obywateli - przekazano w liście otwartym organizacji.
Zobacz wideo Deportacje z USA za... tatuaże

Tymczasem z Los Angeles napływają nowe informacje na temat kolejnych dziennikarzy poszkodowanych podczas pracy. Brytyjski fotograf Nick Stern został trafiony gumową kulą w udo - trafił do szpitala, gdzie przeszedł operację ratującą życie. Fotograf Toby Canham, pracujący dla "New York Post", został oślepiony granatem błyskowym a potem postrzelony w głowę.

Kiedy mnie trafiono, wokół mnie nie było nikogo - tylko ja i moja kamera. Byłem jedyną osobą, która filmowała autostradę. Nie było obok nikogo, stanowiłem łatwy cel - mówił później w rozmowie z "New York Post".

Australijska reporterka Lauren Tomasi została trafiona policyjną gumową kulą w poniedziałek - sytuacja między protestującymi a władzami zaogniła się w ciągu kilku minut. "Policja konna zaczęła spychać protestujących przez centrum Los Angeles" - opowiadała później Tomasi, której po postrzale na nodze został bolesny siniak.

O co chodzi w protestach w Los Angeles?

W zależności od tego, które media relacjonują sytuację w Los Angeles, można odnieść wrażenie, że sytuacja jest albo nadzwyczaj poważna, albo protesty są mało liczne, pokojowe, ale traktowane w sposób bezlitosny przez służby. Media sprzyjające Donaldowi Trumpowi pokazują obrazki spalonych samochodów, nad którymi zamaskowani ludzie powiewają flagami Meksyku i Salwadoru. Media sprzyjające demokratom pokazują częściej spokojnie protestujących i niezbyt liczny tłum, agresywnie rozpędzany przez służby.

Protesty rozpoczęły się po interwencji ICE (służby aresztującej migrantów nielegalnie przebywających w USA) w sklepie Home Depot i magazynie odzieżowym. Pracujący tam migranci zostali aresztowani - wśród nich znalazły się nie tylko osoby bez zezwoleń, ale też osoby z obywatelstwem USA. ICE kierowało się przede wszystkim wyglądem aresztowanych. W ich obronie rozpoczęły się spontaniczne protesty, tłumione i ochraniane początkowo przez władze stanu Kalifornia. Donald Trump postanowił jednak bardzo szybko do Los Angeles skierować Gwardię Narodową i marines - prezydent w licznych wpisach w mediach społecznościowych przekonywał, że władze stanu nie tylko nie współpracują z władzami USA, ale wręcz wspierają protestujących, sprzeciwiających się polityce Trumpa.

Więcej o: