Elżbieta Szydłowska: Wie pani, kiedy byłyśmy małymi dziewczynkami, słuchanie muzyki było bardzo ograniczone - w radiu były tylko dwa programy, w telewizji w ogóle jeden… Ale muzykę poznawałyśmy dzięki naszej mamie. Ona śpiewała nam wiele różnych, pięknych piosenek.
Jolanta Szydłowska: Ale były płyty gramofonowe…
Krystyna Szydłowska: I adapter Bambino!
JS: Tak! Na początku to była np. "Cicha woda", którą wszyscy uwielbialiśmy. Z kart ludzie śpiewali np. Siostry Do-Re-Mi… No i wiele piosenek z filmów.
KS: Nasza mama ciągle do nas mówiła: Zobaczcie, jaki piękny film! Stare kino, stare kino!
ES: Tak jest, i my właśnie takie piosenki śpiewałyśmy - no i oczywiście piosenki dla dzieci. Ty, Krysiu, lubiłaś taką jedną…
Krystyna: "W ogródku bez ustanku wesoło świerga ptak".
JS: Ach, to był bardzo wzruszający moment, bo pojechałyśmy tam z wykonaniem amatorskim, ale byłyśmy bardzo szczęśliwe. Dzięki temu, że to był jubileuszowy, dziesiąty festiwal, to oprócz nagród "klasycznych", materialnych, jako amatorki mogłyśmy wystąpić w koncercie galowym, rejestrowanym przez telewizję, dlatego ogromnie to przeżyłyśmy. No a żeby tego było mało, akompaniowała nam orkiestra Henryka Debicha, co już w ogóle było szczytem naszych marzeń.
ES: I byłyśmy wtedy piękne i młode. Przy tym cudowny Kołobrzeg, lato… Fantastyczna przygoda, którą wspominamy z łezką w oku. Krysia, nasza największa fanka, kibicowała nam wtedy z widowni.
KS: Bo wtedy już nie mogłam - nie byłam amatorką. I byłam wściekła jak nie wiem. Zazdrościłam siostrom niezmiernie.
JS: Ja byłam wtedy w takim wieku, że zaczynałam dopiero chodzić do szkoły średniej, więc o karierze jako takiej nie myślałam w ogóle. Ale kiedy już skończyłam tę szkołę, posypały się propozycje. Tuż po maturze zaproponowano mi pracę w zespole Pro-Contra, a za chwilę dostałam zaproszenie do innej łódzkiej grupy, Primo Voto, i spędziłam z nimi w sumie prawie 15 lat - udało nam się powrócić do mojego ukochanego Kołobrzegu, bo zaczęliśmy współpracę z Jackiem Lechem, który zaprosił nasz chór do akompaniowania mu. Zaraz potem przyszła orkiestra Henryka Debicha, i tam występowaliśmy i jako grupa orkiestrowa, i jako soliści w Festiwalu Piosenki Żołnierskiej. Mam ogromny sentyment do tego festiwalu i przeżyłam tam cudowne chwile, na każdym możliwym polu. Więc "kariera" jakaś była, ale życie toczy się swoim torem - przyszedł czas na rodzinę, dzieci i siłą rzeczy musiałam coś wybrać, bo nie umiałam połączyć tych dwóch światów.
KS: Tak - ja po prostu byłam niegrzeczną dziewczynką (śmiech). Siedząc przed tym malutkim ekranikiem w naszym rodzinnym domu, oglądałam panią Wandę Polańską, fantastyczną śpiewaczkę. Tak mnie ona inspirowała, że uciekłam od rodziców z Łodzi do Warszawy, gdzie działała Państwowa Operetka Warszawska. A potem z Warszawy uciekłam do Lublina - i tak przeżyłam tam przeszło 40 lat na scenie Teatru Muzycznego i Teatru Kameralnego. Aż do emerytury, do 2004 roku, czynnie uczestniczyłam w życiu teatru - co zresztą robię nadal. Teraz musiałam się przestawić na nieco inny styl śpiewania - Jola mnie tutaj goniła, mówiła: Krysia, nie wibruj, jesteś teraz w zespole! Koniec z byciem solistką! (śmiech).
ES: Zrobiłam to z wielką przyjemnością. Wracając jeszcze do czasów szkoły, ja byłam bardzo posłuszna rodzicom, którzy nas nieustannie prosili, żebyśmy się uczyły, skończyły szkoły, zdobyły zawód… Ukończyłam Politechnikę Łódzką na wydziale chemii, po drodze wykonywałam kilka innych zawodów, ale potem zostałam nauczycielką - przez 20 lat uczyłam chemii w XXIX Liceum Ogólnokształcącym w Łodzi. Oczywiście przez całe życie podśpiewywałam sobie, żeby nie zapomnieć, a poza tym sama chęć śpiewania była we mnie bardzo duża, więc z ogromną radością teraz do tego wróciłam. A że robię to w dodatku z siostrami, wspólnie - to już wręcz wykracza poza moje marzenia.
ES: Tak, nasza mama sama śpiewała przepięknym sopranem i od najmłodszych lat, kiedy odkryła, że przejęłyśmy ten talent po niej, zachęcała nas do tego, żebyśmy się w tym kierunku rozwijały. Kiedy śpiewałyśmy razem, to była dla niej największa radość. W kolejnych latach posyłała nas do ognisk muzycznych, żebyśmy się uczyły grać na instrumentach - jej ogromne wsparcie i opieka były dla nas bardzo ważne. A teraz dzięki niej mamy dobre chody w niebie.
JS: Dokładnie - kobiety rządzą!
ES: Tak właśnie było - moja córka Justyna i Krysi córka, Krystyna, bardzo nas namawiały i były tak nieustępliwe, że powiedziałyśmy: no dobrze, pojedziemy, spróbujemy sił w tym castingu. Najpierw z Krysią dałyśmy się przekonać, ale z naszą najmłodszą siostrą było trudniej. Jola się bardzo długo opierała, ale - jak to powiedział raz Tomasz Kammel - dobrze, że się opierała, bo potem weszła z taką energią, że efekty mówią same za siebie.
ES: (śmiech) Ja do dzisiaj mam za złe panu Andrzejowi Piasecznemu, że się nie odwrócił. Markowi Piekarczykowi wybaczam, bo to rockowiec, nie jego klimaty, więc zrozumiałe. No ale Andrzej Piaseczny… cierpiał długo, bo cały czas mu dogadywałyśmy.
JS: Lubimy oczywiście wszystkie piosenki - na płycie znajdują się przede wszystkim te, które śpiewałyśmy w programie, bo one nas w pewnym sensie określają. Ale kochamy naprawdę każdą - wszystkie są piękne, opowiadają o miłości…
ES: I wszystkie płyną prosto z naszej duszy.
JS: Gdybyśmy miały wybrać, to ten "Winter Wonderland" faktycznie jest przez nas wyjątkowo ukochany - tak jak pani zauważyła, my z programu na program nabierałyśmy coraz większej pewności, dużo ćwiczyłyśmy, więc śpiewałyśmy coraz lepiej, i właśnie ten półfinałowy odcinek z tą piosenką dał nam wiarę, że rzeczywiście dobrze zrobiłyśmy, że przyszłyśmy. Po przesłuchaniach w ciemno nie byłyśmy za bardzo szczęśliwe.
KS: To znaczy - byłyśmy szczęśliwe, że przeszłyśmy dalej, ale samo wykonanie nie było do końca takie, jakbyśmy chciały.
ES: Ten półfinał i opinie, które otrzymałyśmy od trenerów, zadziałały niewiarygodnie. Stojąc na scenie i słuchając, co Andrzej Piaseczny mówi o nas, to nie mogłam uwierzyć, że to naprawdę o nas chodzi. I wtedy dostałyśmy mnóstwo siły, żeby zrobić to jeszcze lepiej.
JS: Musiałyśmy się zmobilizować do tego, żeby zaskakiwać z każdą piosenką.
KS: Pani Alicja Majewska mówiła takie piękne słowa: wdzięk, gracja i muzykalność.
ES: Ja się zastanawiałam, czy oni to mówią szczerze, czy na potrzeby show…
JS: Właśnie tak! To jest bardzo przyjemne. Przyznamy po cichutku, że zazdrościmy tym, którzy teraz biorą udział, bo to jest piękna przygoda - ta atmosfera, ci ludzie, cała produkcja są tak serdeczni, wspierający… Chciałoby się tam być jak najdłużej, więc z przyjemnością wracamy.
ES: Absolutnie - nigdy nie jest za późno, żeby iść po swoje. Powiedz, Jola, tę swoją maksymę…
JS: Nie pozwólcie wmówić sobie, że to już koniec - to dopiero początek.
ES: To jest bardzo piękny okres, bo czas, kiedy niektórzy są już na emeryturze - jak to chyba powiedział Andrzej Piaseczny, "fajny zawód ta emerytura" - to taki czas, kiedy człowiek już nic nie musi. Nie musi pędzić, spieszyć się do pracy, tylko po prostu żyć. Jeżeli jest taka możliwość, to wstańmy z kanapy i pokażmy, na co nas stać.
ES: Będziemy może w odpowiedzi takie powtarzające się, ale pan Andrzej Piaseczny w finale programu powiedział do nas: "Siostry, jesteście cudowne, czy ja mógłbym z wami zaśpiewać?". Trzymamy go za słowo, czekamy, chcemy z nim właśnie coś wspólnie zaśpiewać.
KS: Urszula Dudziak, nasza kochana trenerka, też kiedyś powiedziała, że mogłaby być czwartą siostrą, więc…