"NIEEEEEE, CO ZA ŻENADA!!" - to usłyszałam od dwóch bardzo zaangażowanych w fabułę "Stranger Things" widzek, analizujących kolejne rozwiązane wątki w finale serialu. "Dramat, jak oni mogli TO tak zepsuć!!", "co za leniwe rozwiązanie", "serio, TAK to wymyślili?!" - towarzyszyło mi przez ostatnich 70-80 minut tego dwugodzinnego seansu. Tymczasem ja oglądałam i... coraz bardziej byłam pewna, że chyba oglądamy dwa różne finały. Co zrobiłam, że czerpałam z seansu o wiele większą przyjemność? No cóż... Po pierwsze nie zainwestowałam w niego praktycznie żadnych oczekiwań.
Uwaga, podaję prostą receptę. Im mniejsze oczekiwania masz przed seansem, tym bardziej minimalizujesz ryzyko, że się rozczarujesz. Skoro przez ostatnich siedem odcinków poboczne i drobniejsze wątki nie zostały rozwiązane, szanse, że w finale znajdą one odpowiednie końce, są żadne. Skoro w przedostatnich odcinkach dodawano nowe wymiary i kolejne warstwy opowieści, wiadomo, że twórcom zapewne nie uda się wszystkiego spiąć w satysfakcjonujący i spójny dla każdego sposób. Ten dwugodzinny finał miał przecież trochę inny cel. Miał dostarczyć ostatnią epicką walkę całej Drużyny z Wrogiem oraz dać liczne powody do wzruszeń rozstającej się z widzami ekipie.
Punkt drugi - im mniejszą analizę przeprowadzasz tego, co widzisz na ekranie, tym większą satysfakcję odczuwasz. Finał "Stranger Things" świetnie się ogląda z wyłączonym myśleniem i bez odwoływania się z nabożną czcią do tego, co było wcześniej. Czy namacalny Mind Flayer średnio łączy się z tym, co pokazywano we wcześniejszych sezonach? No tak. Czy rozbudowane (i ważne) wątki z wielu odcinków zakończono w 3-4 zdaniach? Cóż, to też prawda. Czy chyba wszystkie dzikie teorie fanowskie, jakie narosły w ostatnich tygodniach, nie sprawdziły się? Dokładnie tak. Ale to przecież nigdy nie miały być szachy 5D ze zwielokrotnionymi zdradami, jednymi kontrolującymi drugich, postaciami zapomnianymi trzy sezony temu specjalnie tylko po to, żeby pokazały się w finale. Jeśli takie były oczekiwania widza, to kompletnie nie dziwi mnie rozczarowanie.
Na finał "Stranger Things" patrzę jak na dobre, pozytywne pożegnanie z fanami. Nie w stylu "Gry o tron", w której twórcy (odcięci od materiału źródłowego w postaci książek) musieli rzeźbić w niczym i mylnie zakładali, że im większe zakręty w fabule zrobią, tym lepiej widz to przyjmie. Nie chodziło nigdy o zaskoczenie nas błyskotliwymi pomysłami. Nie chodziło o wybicie nagle połowy drużyny - skoro nie zrobiono tego przez całych pięć sezonów, to takie nagłe i agresywne rozwiązanie byłyby bez sensu. Poświęcono postać (postaci?), którą można było poświęcić bez żadnych emocjonalnych szkód. Zaprezentowano dobrze zrealizowaną, poprawną walkę, pełną wybuchów i realnego zagrożenia. Trzymano się reguł D&D - przeciwko wielkiemu przeciwnikowi zdziałać cokolwiek może tylko cała grupa uzupełniająca się umiejętnościami, a finał pod względem akcji jest całkiem poprawny i w kilku miejscach nadal zaskakujący.
Całą godzinę filmu poświęcono na "peterojacksonowe" pożegnania niczym z ekranizacji "Powrotu króla". Część widzów powie pewnie, że każda sekwencja mogła zostać załatwiona mailem, czyli wspomnieniem pomiędzy napisami końcowymi. Tak, pewnie mogła być. Ale obserwując to, co dzieje się w komentarzach w sieci po finale, dochodzę jednak do wniosku, że pokazanie wszystkich bohaterów płaczących i przechodzących do kolejnego etapu swojego życia wielu widzom było bardzo potrzebne. I chwała twórcom za takie rozwiązanie.
To nie jest finał bez wpadek - największą moim zdaniem jest mimika (a raczej jej brak) u Millie Bobby Brown... Nie jest to finał bez głupotek - żadna postać poboczna w ostatniej godzinie nie zadaje niewygodnego pytania: "czego właściwie byliśmy świadkami?!". Zostawiono zgrabne i pewnie dla niektórych leniwe rozwiązanie pt. "zakończenie jest takie, w jakie zdecydujesz się uwierzyć". Ale jednocześnie nie jest to zakończenie, które nie może być satysfakcjonujące. W odniesieniu do całkowicie wymyślonych od zera seriali (zwłaszcza seriali Netfliksa) nie mam zbyt wysokich oczekiwań i dzięki temu nie zawiodłam się. Ba, nawet łezka kilka razy pociekła, a w dwóch czy trzech momentach również moje krytykujące wszystko koleżanki zaczęły pokrzykiwać "NIEEE!!" z emocji, a nie z rozczarowania.
Było poprawnie, było wzruszająco. Niczego więcej nie oczekiwałam i nie zawiodłam się. Jeśli jeszcze nie oglądaliście finału, albo go pokochacie, albo znienawidzicie. Neutralna satysfakcja dotyczy chyba tylko widzów, którzy nie zainwestowali emocji we wcześniejsze sezony i odcinki. Było dokładnie tak, jak bracia Duffer zapowiedzieli: "Nie chcemy zszokować ani rozczarować nikogo". I to jest uczciwe - nie wszystko musi szokować i dostarczać 150 tematów do dyskusji.