- Szczęść Boże - powiedziałem do mężczyzny, który otworzył mi drzwi plebanii w małej popegeerowskiej wsi, gdzie zawitałem na początku swej kariery kuratora najpierw społecznego, a potem zawodowego.
- O co chodzi? - ksiądz, niechybnie proboszcz, odpowiedział na moje chrześcijańskie zapytanie. Wyszedł za próg i zamknął drzwi, bym zapewne nie usłyszał śmiechu pijanej dzi*ki. Skrzywiłem się lekko, bo pomimo wczesnopopołudniowej godziny od księdza proboszcza je*ało alkoholem i fajkami.
- Bo widzi ksiądz, bo kuratorem jestem... - ugrzeczniony zaczynam rozmowę i chcę wyłuszczyć swój problem, to jest zapytać o pewną kobiecinę, co to trójkę dzieci wychowuje, każde ma z innym, i - jak to w życiu bywa - czasami zdarzają się małe problemy wychowawcze. A ksiądz, jak to ksiądz, nawet nietrzeźwy, swoje baranki zna jak nikt inny, odwiedza po kolędzie, widuje na mszy i na wsi pod monopolem - znaczy jest doskonale zorientowany.
- No i co, że kurator? - zapytał. Dopiero wtedy zauważyłem, że proboszcz trzyma w ręku papierosa. Zaciągnął się i z kaszlnięciem wypuścił dym.
- Steeefan, idziesz?! - zza zamkniętych drzwi dobiegło donośne zawołanie i chichot chyba drugiej pani, znaczy owieczki.
- Widzisz, zajęty jestem, nie mam czasu - odpowiedział ksiądz i odwrócił się ode mnie celem powrotu do swych skromnych, dwustumetrowych pomieszczeń, bo trzeba przyznać, że plebania ładna, położona nad jeziorkiem, w otulinie parku narodowego.
- Ku*wa, Halina, nie wygłupiaj się! - tym razem usłyszałem męski głos, aż zazdrościłem, że nie ma mnie w środku i nie oglądam wygłupów Haliny.
- Ale zna ksiądz Pijałkowską? Mieszka tu obok w bloku? - nie poddaję się. Wtedy jeszcze nie miałem wyrobionego tak zwanego wyczucia chwili, czyli odpuszczania zbierania informacji, gdy stawałem się jawnie nieproszonym gościem. - Pijałkowska, ma troje dzieci. Czy ona pije?
Ksiądz proboszcz już znikał w drzwiach i miał mi je zamknąć przed nosem, ale zawahał się, wychylił głowę w moją stronę i odpowiedział:
- Tu wszyscy piją.
I zamknął drzwi.
Wtedy dopiero zaczynałem poznawać życie na prowincji. Niewidoczne z dużych miast, osiedli domków jednorodzinnych czy pięknych apartamentów w centrum miasta. Życie, które rozpoczynało się o godzinie piątej rano pod sklepem i o dwudziestej pod tym samym sklepem się kończyło. Życie, w którym dzieci w poszukiwaniu matki czy ojca idą pod sklep albo czasami za sklep - bo tam jest wydzielone miejsce dla "spożywających na miejscu". Społeczne enklawy, w których dostaniesz w mordę, jak za mocno chlapniesz językiem albo baba ci się puści, bo jaką w sumie inną przyjemność znajdzie na wiosce. Odizolowane od większych skupisk ludzkich, gdzie co drugi w wieku trzydziestu lat ma objawy uzależnienia od alkoholu, a uszkodzone alkoholowe geny przekazuje sobie podobnym w pijackich ekscesach. Miejsce, gdzie młode siedemnasto-, osiemnastoletnie dziewczyny dają d*py chłopakom w golfach lub beemkach, bo takie auta są wyznacznikiem statusu. Ma samochód - pracuje. To też jedyny sposób na to, by wyrwać się od ojca czy ojczyma alkoholika i matki, która jest przez niego poniewierana.
Na jednej z takich wsi sprawowałem nadzór nad dwiema nielatkami. Ładne to były dziewczyny, tylko niemiłosiernie głupie i łaziły z pi*dą na wierzchu. Rżnęły się z każdym, który obiecał, że porwie je do lepszego świata, a jak jeszcze podlał alkoholem, to we dwie potrafiły jednego gościa w samochodzie obrabiać. I ja, młody, głupi, pełen ideałów prawiłem im morały na temat konieczności ukończenia nauki, szanowania się, pracy i zdobycia zawodu. Dopiero po czasie dowiedziałem się, że każda z nich chciała mnie zerżnąć i zaliczyć kuratora. Taki to sukces resocjalizacji…
Skąd wiedziałem, co robią? Kiedy trafiłem na dzień, gdy były ze sobą skłócone, to jedna opowiadała, co wyczynia druga. Czasami musiałem przerywać im opowieści, bo aż tak wielu szczegółów nie musiałem znać. Jak można się domyślić, byłe nielatki po wielu latach nadal są pod nadzorem kuratora, z kilkorgiem dzieci na koncie.
Moi nadzorowani na tej wsi wypracowali sobie pewien schemat. Wiedzieli, że po kolei odwiedzam rodziny, począwszy od najbliższego domu od wjazdu do miejscowości. Gdy nastała era telefonów komórkowych, zaczęli przekazywać sobie informację, że jestem na terenie. Wysyłali SMS mniej więcej takiej treści: "Ku*wator u mnie jest". I wtedy ch*j bombki strzelił. Reszty patolek, jeżeli właśnie piły, już za cholerę nie znajdziesz, a jak już, to grzeczne, uczynne i sprzątające właśnie lub gotujące obiad. Ta wiadomość niech przyda się tym, którzy myślą, że patoli można upilnować. O naiwni!
Człowiek doskonale dostosowuje się do panującej sytuacji. Taki, ku*wa, karaluch, którego za łatwo nie wyplenisz. Mam swoją teorię, że patola dostosowuje się po dwakroć lepiej niż przeciętny, średnio inteligentny człowiek. Bo przecież ile sprytu i zachodu trzeba włożyć w to, by naciągać państwo na zasiłki, by lawirować przed sądem, kuratorem, by na czarno robić, nie płacąc podatków, i na dodatek w twarz ci się śmiać, kłamiąc. Czy kiedykolwiek ktoś słyszał o tym, by patol ogłosił upadłość konsumencką, by płakał, że firma splajtowała, że został oszukany przez kontrahentów, że nie ma na raty kredytu hipotecznego, że czeka go eksmisja na bruk?
Założę się, że nie.
A ksiądz proboszcz? W opinii moich cudownych nadzorowanych "każdy chłop por*chać i wypić musi, a ksiądz też chłop". I tyle w temacie.