"Oczy diabła": Vega cytuje Biblię i ratuje dziecko przed sprzedaniem "do burdelu albo na organy". Tego się nie da oglądać

Patryk Vega lubi i umie grać na emocjach swoich widzów: przy każdym kolejnym filmie pojawiają się skandale, sensacyjne doniesienia i informatorzy prosto ze świata przestępczego. Nie inaczej jest w przypadku filmu "Oczy diabła", który został zaprojektowany po to, by zagrać na najsilniejszych instynktach odbiorców.

"Oczy diabła" Patryka Vegi to opowieść zawierająca drastyczne opisy regularnych tortur na sprzedawanych i porywanych dzieciach, zdehumanizowane postaci ludzi parających się handlem żywym towarem i jaskrawo naszkicowane charakterystyki sprawców przemocy: sataniści, muzułmanie, wyrachowane, głupie kobiety bez serca i instynktu macierzyńskiego etc. Nic dziwnego, że część widzów szczerze wątpi w autentyczność scenariusza, choć nie zaprzecza, że opisuje jak najbardziej realny proceder. "To jest tak okrutne, że trąci fejkiem" - napisał jeden z widzów pod postem z filmem na Facebooku. I trudno tej obserwacji odmówić słuszności - dlatego też napisaliśmy do rzecznika prasowego policji Mariusza Ciarki z pytaniem, czy służby dostały od reżysera jakiekolwiek zgłoszenia dotyczące opisywanych przez niego sytuacji. Czekamy na odpowiedź.

Zobacz wideo "Small World" - zapowiedź nowego filmu Patryka Vegi. Adamczyk ściga handlarzy dziećmi

Vega pokazuje trudny problem w najgorszy możliwy sposób

Problem z Patrykiem Vegą jest taki, że wszyscy wiemy, jak bardzo lubi przy okazji każdej kolejnej premiery uprawiać marketing opierający się na zrobieniu medialnego szumu wokół siebie i produkcji. Sam przyznawał się do tego, chociażby po niezbyt satysfakcjonującym go wynikowo filmie "Polityka", który miał być wielkim wstrząsem dla świata polskiej polityki, a tymczasem okazał się zaskakująco nijaki w porównaniu z kolejnymi medialnymi doniesieniami o poczynaniach posłów. Teraz reżyser za darmo pokazał w sieci "Oczy diabła" - produkcję, która teoretycznie jest filmem dokumentalnym i stanowi zapis rozmów Patryka Vegi z osobami, które mają być: matką, która chce sprzedać swoje dziecko "do burdelu albo na organy", kontrolującą ją pośredniczką w sprzedaży oraz działającym w Polsce i innych europejskich krajach handlarzem dziećmi. Vega przepytuje je dość beznamiętnym głosem w sposób, który może kojarzyć się z policyjnymi przesłuchaniami: sam twierdzi, że zastosował taką metodę.

Światełko ostrzegawcze zapala się już na samym początku, kiedy Patryk Vega wprowadza nas osobiście w genezę powstania filmu: skontaktował się z nim ktoś ze świata przestępczego, z informacją o dziewczynie, która chce sprzedać swoje dziecko "do burdelu albo na organy". Reżyser mówi wprost: postanowiłem uratować to dziecko i nakręcić o tym dokument. To już nawet nie podprogowy, a jasny komunikat, że następnych 90 minut mamy spędzić na dumaniu nad tym, jak odważny i szlachetny jest pan Patryk, który przy okazji prowadzenia narracji w dokumencie nie odmawia sobie przyjęcia pozycji moralizatorskiej. Reżyser cytuje Biblię i zadaje rozmówcom pytania o to, czy są wierzący i czy nie boją się piekła jako kary za to, co robią za życia. Poza tym Patryk Vega nie ma większych skrupułów i epatuje widzów brutalnymi szczegółami procederu handlu dziećmi.

Reżyser buduje narrację swojego filmu malując szokujące obrazki, które kontrapunktuje jeszcze bardziej szokującymi opowieściami. Z jednej strony pokazuje kobietę, która nie chce być w ciąży, nie chce wychowywać swojego dziecka i próbuje je sprzedać - dodajmy, że nie dowiadujemy się z filmu, w jakich okolicznościach zaszła w niechcianą ciążę i dlaczego nikt nie interweniował w tej sprawie wcześniej.

Z drugiej strony Vega włącza do swojej heroicznej narracji osoby, które sprzedaż rzeczonego dziecka miałyby umożliwić i mówią o nim nie jak o człowieku, tylko towarze. Poznajemy potencjalny cennik części ciała na czarnym rynku, a potem słyszmy, że ciężarna nie chce nadać dziecku imienia, bo nie traktuje go jako części siebie. Niedługo potem pojawia się handlarz dziećmi, który przyznaje, że przez lata doświadczeń nauczył się typować kobiety, które będą skłonne sprzedać dziecko tak szybko w kilkanaście minut, trochę jak policjanci rozpoznają na ulicy przestępców. Takie matki mają być "samolubne", "niezbyt inteligentne", pozbawione uczuć do swojego dziecka oraz chciwe.

W międzyczasie okazuje się też, że są przez mafię oszukiwane na pieniądze, a tak w ogóle to często też wywozi się je do zagranicznych burdeli - w domyśle więc okazuje się, że za ich chciwość od razu spotyka je kara niemniej okrutna niż los, na który skazały swoje dzieci.

Handlują dziećmi "hodowanymi" dla pedofili?

Vega też słowami swoich rozmówców odpowiada na pytanie, kto zajmuje się handlem dziećmi. Nikogo chyba nie zdziwi, że wskazana zostaje konkretna grupa społeczna. Pośredniczka mówi, że burdele z małymi dziećmi najczęściej prowadzą "muzułmanie, bo ich religia dopuszcza współżycie z dziećmi", a handlarz dziećmi dodaje, że są to sataniści, którzy w domach mają wywieszone pentagramy i zamiast witać się "dzień dobry" używają strasznych słów, których nie był w stanie wypowiedzieć przy włączonej kamerze. Co zaś do osób korzystających z usług takich przybytków: są to oczywiście osoby bardzo majętne i wpływowe. Cały biznes jest bardzo dobrze zorganizowany, swoją siatką obejmuje cały świat i trzymany w ścisłej tajemnicy. Z filmu Vegi wynika, że w Europie są cztery burdele, w których przetrzymywane są dzieci w wieku od 4 do 12 lat, z czego jeden znajduje się w Trójmieście - czy reżyser poinformował o tym służby, nie wiadomo. Scena, w której to informacja została umieszczona, ma stereotypową i obrzydliwie toporną konstrukcję: handlarz dzieci wymienia kolejne kraje, a zanim padnie słowo "Polska" mamy nieznośną pauzę i dramatyczną muzykę w tle.

Później m.in. dowiadujemy się, że dzieci, które wpadną w tę przestępczą siatkę, nie mają już szans z niej się wydostać żywe. Są wręcz "hodowane" do tego, by pedofile mogli je wykorzystywać, a w tym celu faszeruje się je narkotykami. Jeśli ktoś zapłaci naprawdę duże pieniądze, takie dziecko może nawet zabić w trakcie stosunku. Nie będę już wdawać się w szczegóły opisów urazów, jakie spotykają ofiary, bo to dokładny zapis najgorszych możliwych wyobrażeń o krzywdzie, jaka może spotkać maluchy.

Jeśli dziecko zostaje zabite przez "klienta", to jego organy są niemal od razu pobierane i sprzedawane na czarnym rynku. Jeśli dziecko przeżyje do wieku, w którym będzie już "za stare" dla pedofilów, wysyła się je do "dorosłych burdeli", bo dzieci te nigdy nie przeszły normalnej socjalizacji i tylko do tego "się nadają". A jeśli podawane przez lata im narkotyki zbyt mocno wyniszczą ich organizmy, zostają "zutylizowane".

To ciągle nie wszystko, Patryk Vega pokazuje też nagranie z dzieckiem, które oczywiście udaje mu się w tajemniczy sposób uratować przed siatką pedofilów, a które za jego radą trafia do "katolickiego środka adopcyjnego". Gdybyśmy też jakimś cudem mieli wątpliwości co do tego, że handel dziećmi jest zły, to w ramach kontrapunktu reżyser dorzuca historię pani Jolanty Cichowicz, która od 30 lat poszukuje swojego zaginionego syna Tomka i bardzo cierpi z powodu tej życiowej tragedii. I dla kontrastu z wypowiedziami matki, która dziecko chciała sprzedać, mówi w rozmowie z Vegą "dziecko to nie rzecz, która się znudziła i wyrzucamy do śmietnika".

Vega w markowej czapce sugeruje: skoro mi się udało uratować jedno dziecko, razem jesteśmy w stanie uratować tysiące

Symbolicznie ukarany w tej opowieści zostaje pośrednik w handlu dziećmi, który dzwoni bardzo pijany do Vegi i wyznaje, że przez ich wielogodzinne rozmowy chciał popełnić samobójstwo. Na sam koniec Patryk Vega mówi do widzów: skoro mi się udało uratować jedno dziecko, razem jesteśmy w stanie uratować tysiące.

Oczywiście ta opowieść trafiła na podatny grunt wrażliwych odbiorców, którzy nie zastanawiali się, dlaczego tak naprawdę głównym bohaterem tej opowieści jest Patryk Vega dzielnie infiltrujący przestępczy świat i uparcie wypytujący o makabryczne szczegóły (błyszcząc przy okazji w kadrze markowymi ubraniami z dużymi logotypami, by nikt nie miał wątpliwości, że go stać). 

Oni pod filmem "Oczy diabła" piszą, takie komentarze: "W pewnej chwili człowiek prawie chce odwetu. Rodzi się chęć sięgnięcia po broń i wymierzenia sprawiedliwości. Tylko komu, tylko jak, tylko ...?", "Właśnie obejrzałam i jestem w szoku. Tak mnie rozwalił ten dokument, że brak mi słów. Jestem matką i targają mną takie emocje, które nie jestem w stanie opisać", "Obejrzałam cały, ale nie było lekko. Emocje, jakie mną szarpały, były różne: płakałam, byłam wściekła, przez chwilę nawet byłabym chyba w stanie sama udusić i tę matkę i tę pośredniczkę, a temu handlarzowi nie powiem, co bym zrobiła".

Nikt nie ma wątpliwości, że handel dziećmi i pedofilia to jak najbardziej realne problemy, z którymi należy zdecydowanie walczyć, ale wielu widzów, łącznie ze mną, ma nieodparte wrażenie, że dokument "Oczy diabła" nie po to jednak powstał.

W komentarzach przebijają się także bardziej sceptyczne głosy i idealnie oddają wszelkie wątpliwości, jakie można po seansie można mieć. Tak też czytamy tam: "Problem istnieje, ale Vega przedstawił go w najgorszy możliwy sposób. Zła gra aktorów, którzy mieli udawać prawdziwe osoby z prawdziwego reportażu, niespójność całej historii, tzw. heroizm Vegi, a na koniec wisienka na torcie - handlarz dziećmi doznaje objawienia, że jest złym człowiekiem.... no błagam... czysty cyrk...".

Kolejni dodają:  "To, że taki proceder istnieje, nie neguję tego. Jednak to, że handlarz grupy przestępczej, która jest nieuchwytna przez organy ściągania, która pracuje w pełnej konspiracji i raczej nie chce się ujawniać, udziela 'wywiadu' reżyserowi... Sam fakt, że się z nim spotyka i pozwala nagrywać rozmowę to dobre sf. Na końcu okazuje się, że ten sam reżyser ratuje dziecko przed sprzedażą, nie wnikam w jaki sposób, ale cały ten reportaż to 'bajka'". Jeden z widzów uważa, że Vega: "po prostu uzbierał informacje z pewnych źródeł z tego środowiska, oczywiście nie za darmo i nakręcił wszystko jak trzeba" i sugeruje, by zachować dystans do najnowszego dokumentu.

Myślę, że to w dużej mierze wyczerpuje temat i zostaje mi tylko dodać, że jeśli film "Oczy diabła" faktycznie nie stanowi autorskiej interpretacji historii zasłyszanych od anonimowych świadków, to coś przy jego realizacji poszło bardzo nie tak i pan Patryk powinien zrobić sobie powtórkę ze szkoły reportażu. Myślę też, że jego dalszej twórczości nie zaszkodziłoby, gdyby zamiast budować sobie narcystyczny marketing, faktycznie skupiłby się na fabułach, które opowiada. Bo już dawno za nami ten moment, kiedy widzowie przyzwyczajeni do epatowania szokującymi i coraz brutalniejszymi opowieściami, nie reagują już na kolejne produkcje spod znaku "skandal, który ujawnia Patryk Vega". Powoływanie się na chrześcijańskie cnoty w kolejnych wywiadach i filmach też raczej tej tendencji nie odwróci. Bo każdy z nas chyba czuje, że każda skrajność jest zwyczajnie niezdrowa. 

Więcej o: