Zaucha nie śpiewa na "Żeby inaczej, piękniej raczej" sam. Czasem towarzyszy mu drugi głos. To Kuba Badach

Andrzeja Zaucha rozkochał w sobie polskich słuchaczy przebojami takimi jak "Byłaś serca biciem", "Baw się lalkami", "C'est la vie - Paryż z pocztówki". Był postacią nietuzinkową - z zawodu zecer i zapalony kajakarz, który trzy razy zdobył tytuł mistrza Polski, zrezygnował ze sportu dla muzyki. A w tej dziedzinie był samoukiem - ale jakim! Rewelacyjnie sprawdzał się też jako aktor i kabareciarz, nie bał się żadnych wyzwań. Jego tragiczna śmierć w 1991 roku poruszyła całą Polskę.

W 2009 roku Kuba Badach przypomniał słuchaczom jego wyjątkową muzykę - na albumie znalazło się 14 klasycznych utworów, które Badach zaaranżował na nowo razem z Jackiem Piskorzem. Przez następnych 12 lat piosenki ciągle znajdują się w jego koncertowym repertuarze, a sama płyta zostła w tym roku wydana na nowo - z dwoma dodatkowymi utworami oraz nową okładką. Mało jednak kto wie, że wiele lat wcześniej Kuba Badach miał okazję nagrywać razem z Andrzejem Zauchą wokale na płytę "Żeby inaczej, piękniej raczej".

Zobacz wideo Kuba Badach o płycie z utworami Zauchy: Żyłem w przekonaniu, że ta płyta wyląduje na półce i nikt nie będzie chciał jej słuchać

"Życie, bierz mnie. Biografia Andrzeja Zauchy". Fragment książki Jarka Szubrychta

Nie tylko w telewizji Zaucha śpiewał dla dzieci. W 1989 roku wziął udział w nagraniu muzycznego słuchowiska "W Karzełkowie wielka susza", z muzyką Górnego, do tekstów Kazimierza Łojana i Andrzeja Sobczaka. Krakowski wokalista udziela się tu w dwóch piosenkach: solo w "Podła jest natura szczura" oraz w wesołej gromadce innych wokalistów w "Wielkiej radości w Karzełkowie". A trzeba przyznać, że bajka miała gwiazdorską obsadę — na płycie wydanej przez Wifon słychać też między innymi Hannę Banaszak, Vox i Bohdana Smolenia.

W tym miejscu warto wspomnieć też o solowej płycie Andrzeja Zauchy, zatytułowanej "Żeby inaczej, piękniej raczej". Zawierała piosenki Wiesława Pieregorólki, tym razem popowe, nie jazzowe, ale ambitne, brzmiące lekko tylko w wykonaniu prawdziwego fachowca. Polskimi tekstami opatrzył je Zbigniew Książek. Nagrali ją w 1989 roku, wyszła wyłącznie w formie niskonakładowej kasety, nieoficjalnie wydanej przez samego kompozytora. To był czas przemian, chaosu i tumultu, więc materiał przepadł i dziś prawie nikt już o nim nie pamięta, nie zalicza się go do skromnej przecież dyskografii wokalisty. Album ów traktowany jest po macoszemu zapewne i dlatego, że zawiera piosenki dla dzieci, a zatem repertuar powszechnie uznawany za niepoważny, drugiej kategorii. Niesprawiedliwie, bo Grzywacz ma rację: dorosłych łatwiej nabrać, można wcisnąć im towar pośledniej jakości, małolatów zaś oszukać się nie da. Nie będą czegoś słuchać, nie będą czytać czy oglądać, bo tak wypada, bo sąsiedzi klaszczą. Ich reakcje zawsze są bezlitośnie szczere i obejmują właściwie tylko dwie opcje: doskonałą obojętność lub bezgraniczny entuzjazm.

— Andrzej po prostu wszedł do studia i zaśpiewał te 12 piosenek. Miał nieprawdopodobną pamięć muzyczną. Raz usłyszał kawałek i go pamiętał, i już śpiewał — wspomina Książek.

Spośród tekstów, które napisał na tę płytę, warto wspomnieć choćby "Tata z mamą rock’n’roll", w którym autor puścił oko do wykonawcy: "Nie tak dawno, proszę dzieci / Tato z procy strzelał i po drzewach łaził / Kiedyś zajął na kajakach miejsce trzecie / Ale potem to na kajak się obraził".

Album nagrywano w studiu w Izabelinie, u Andrzeja Puczyńskiego. W latach 90. i później przewinęła się przez nie cała czołówka polskiej muzyki. Wtedy ledwie zaczęło pracować na swoją renomę.

Kuba Badach - teledysk do piosenki 'Liczy się tylko to'Kuba Badach: Artystą czuję się w procesie tworzenia. Na scenie jestem zabawiaczem

— Był człowiekiem absolutnie bezproblemowym. Wyjątkowo sympatyczny, fajny facet, a do tego świetny wokalista. Wiesiek jest perfekcjonistą, bardzo wymagającym muzykiem i już wtedy pracował tylko ze znakomitymi wokalistami, a Andrzej właśnie taki był — wspomina swojego gościa Puczyński, który materiał realizował. Pamięta tylko jeden incydent związany z tą sesją, wyjątkowo trudny orzech do zgryzienia…

— Nagrywaliśmy wokale, ale pojawił się problem. Kiedy wchodził głos Andrzeja, towarzyszył mu jakiś dziwny wysoki dźwięk, którego źródła nie byliśmy w stanie ustalić. Myśleliśmy, że wzbudza się stół mikserski, więc już go prawie rozebraliśmy, żeby wszystko sprawdzić. Byliśmy totalnie spanikowani, dzwoniliśmy po technika. Nagle Andrzej schylił się pod stół i wyciągnął stamtąd moją dwuletnią wtedy córkę. Okazało się, że przez ten cały czas siedziała na podłodze i śpiewała z Andrzejem unisono jego piosenki. To był najpiękniejszy moment tej sesji — mówi Puczyński. Jego córka pojawiała się w studiu codziennie, bo Zaucha lubił się z nią bawić, a ona polubiła wokalistę. — Mówiłem jej, żeby nie przeszkadzała, ale on ją zachęcał, miał z nią świetny kontakt. Dzieci miał doskonale psychologicznie rozpracowane. Jedną z ich zabaw było kiwanie się na krześle. On się bujał, więc i Kasia próbowała, ale jej się nie udawało. Andrzej udawał, że ma do tego specjalne krzesło, a jej krzesło jest zepsute, więc zamieniali się, i od nowa.

Warto zaznaczyć, że Zaucha nie śpiewa na "Żeby inaczej, piękniej raczej" sam. Czasem towarzyszy mu drugi głos — niewykształcony, chłopięcy, ale wzorowo wywiązujący się z powierzonego mu zadania. To Kuba Badach, dziś uważany za jednego z najlepszych polskich wokalistów, zręcznie poruszający się na pograniczu rozrywki i jazzu.

— Znalazłem się na tej płycie przypadkiem. Przyjeżdżałem do Warszawy na weekendy, żeby pobierać nauki u Pieregorólki, który właśnie zaczął z Andrzejem Zauchą pracę nad tym materiałem. Nagrania odbywały się w studiu Izabelin, u Andrzeja Puczyńskiego. W pierwszym, kultowym Izabelinie, mieszczącym się w piwnicy. Pieregorólka brał mnie czasem na te sesje. Siedziałem w reżyserce, przeglądałem stosy magazynów samochodowych, które Puczyński zwoził z Zachodu. Nagle usłyszałem hasło: "Młody, może ty byś to zaśpiewał?". Zaucha chciał sobie zrobić przerwę, a były do zaśpiewania chórki: "Niebo w kolorze niezapominajek / Słońce jak w babci ogródku słonecznik…". Cały czas skoki interwałowe, sekundy wielkie obok siebie, trudne to było. Wiesiek powiedział mi, co trzeba zrobić, więc stanąłem przed mikrofonem i nagrałem. Pamiętam jak przez mgłę, że Zaucha się śmiał. Chwalił mnie, że fajnie, sprawnie poszło. Potem dośpiewałem coś jeszcze w jednym czy dwóch utworach — wspomina Badach.

— Nie żałuję ani jednej rozmowy z Wieśkiem, podczas której przekonywałam go, żeby wziął Kubę. Sam widzisz, gdzie jest teraz jako wokalista i nie tylko. Wiedziałam, że tak będzie. Pamiętam też taką sytuację ze studia w Izabelinie: trzeba było coś wyśpiewać szesnastkami i Kuba zrobił to pierwszy. Wtedy Andrzej wysłał go na górę po coś do picia, a nam powiedział, że nie może mały słuchać, jak on się z tym siłuje. Cały Andrzej — śmieje się Ewa Sokołowska, która zajmowała się organizacją i tej sesji nagraniowej.

Choć było to dla niego wówczas wielkie przeżycie, Badach przyznaje, że takie nieplanowane gościnne występy to nierzadka praktyka przy sesjach nagraniowych.

— To w studiu bardzo częste zjawisko, że ktoś sobie robi przerwę i mówi koledze: "Jak ci coś przyjdzie do głowy, weź coś tam pacnij". Czasem zdarza się, że to wzbogaca utwór, więc zostaje na płycie. Studio przynosi takie różne niespodzianki.

Jak mały Kuba zapamiętał niedużego — a przecież wielkiego — Andrzeja?

— Był dla mnie bardzo życzliwy. Duża serdeczność, ale bez żadnych koleżeńskich relacji. Nie mogło takich być, bo to był zawodowiec, który zasuwał po kraju, a ja byłem dzieciaczkiem. Nasze rozmowy wyglądały więc mniej więcej tak: "Cześć, młody, co u ciebie? Wszystko w porządku? Dobrze się uczysz? No to fajnie, fajnie" — mówi wokalista.

Swoją drogą, wtedy w Izabelinie spotkał się z Zauchą nie po raz pierwszy.

— W lipcu 1988 roku zacząłem pracować z Wiesławem Pieregorólką przy międzynarodowym musicalu Peace Child. We wrześniu od pani Ewy Sokołowskiej, ówczesnej menedżerki big-bandu Pieregorólki, dostałem propozycję współpracy. Jesienią 1988 roku w Warszawie nagrywałem materiał na moją pierwszą płytę, ze świeckimi kolędami, z tekstami Jacka Cygana, Jerzego Siemasza i Sławomira Starosty. Kiedy płyta się ukazała, miałem już okazję spotykać się z Zauchą na scenie. Występowałem z big-bandem Pieregorólki, byłem na przykład w tym czwartym w kwartecie z Andrzejem Zauchą, Ryszardem Rynkowskim i Mieciem Szcześniakiem. Kilka takich przygód było — wspomina Badach. — Patrzyłem na nich z dołu. Miałem 12 lat, byłem wątłym, małym dzieciaczkiem. Spotkanie z takimi gwiazdami było dla mnie abstrakcyjnym doświadczeniem. Mózg dzieciaka miał problem z przeprocesowaniem tego, co się działo. Znałem tych facetów z telewizji, z festiwalu w Opolu, z "Telewizyjnej listy przebojów" i "Koncertu życzeń". Dorastałem w Krasnymstawie, małym miasteczku, w Zamościu chodziłem do szkoły muzycznej. Stamtąd trafiłem do Warszawy i zacząłem pracować z dorosłymi ludźmi. Patrzyłem na tych tuzów z podziwem, ale i z niedowierzaniem, takie to było nierealne. Fascynowało mnie to, chłonąłem potężną ilość informacji. Wtedy też po raz pierwszy usłyszałem wielkie płyty na głośnikach studyjnych. Na przykład "So" Petera Gabriela. To było jakieś szaleństwo, raptem obraz zrobił się trójwymiarowy.

Śpiew Andrzeja Zauchy też zrobił na Baduchu ogromne wrażenie. Co ciekawe, najpierw docenił płytę. Może też chodziło o te głośniki…

— Oczywiście znałem go wcześniej z przebojów telewizyjnych, typu "Baw się lalkami", ale w 1988 roku usłyszałem tę jego płytę z utworami Wieśka Pieregorólki. To mnie kompletnie zmiotło! Dopiero po kilku utworach powiedziano mi, że śpiewa Zaucha, i nie mogłem uwierzyć. Nie wiedziałem, jak można zrobić płytę, która tak brzmi. I jak to możliwe, że Zaucha tak świetnie śpiewa jazz, w dodatku po angielsku?! — nie mógł się nadziwić młodzieniec. — Od tego momentu wiedziałem, że jest wokalistą bardzo wysokiej próby. Podobała mi się barwa jego głosu i łatwość poruszania się od najniższych dźwięków do najwyższych. Chodzi o te gwizdkowe falsety, które są poza możliwościami normalnych ludzi, a które on śpiewał. Od samego dołu, do samej góry, jakby to była najprostsza rzecz na świecie. Do tego świetny time. Po prostu znakomity muzyk.

Wiele lat później dorosły już Kuba Badach pokłonił się starszemu koledze, nagrywając całą płytę z jego repertuarem. Od razu przyznaje, że ktoś inny na to wpadł, w dodatku wokalista początkowo się opierał.

— Ten pomysł dojrzewał bardzo długo. Zrodził się w 2002 roku, po spotkaniu w Nowym Jorku z Ewą Sokołowską, wówczas już byłą menedżerką big-bandu. Powiedziała: "Młody, może już czas, żeby się zastanowić nad zrobieniem płyty w hołdzie wielkiemu mistrzowi". Odpowiedziałem, że to jeszcze nie ten moment, ale gdzieś z tyłu głowy już zaczęło się tlić — mówi Badach. — Temat powracał przy różnych okazjach, podobne sygnały dostawałem też od innych osób. W 2008 roku mój ówczesny menedżer Jarek Bem, brat Ewy, zaczął mnie namawiać. Mówił, że powinienem to zrobić choćby dlatego, że jestem jednym z nielicznych gości z młodego pokolenia, którzy mieli okazję poznać Zauchę.

Materiały promocyjneMateriały promocyjne 'Życie, bierz mnie. Biografia Andrzeja Zauchy'

"Nie szukałem sensacji, ale prawdy. Nie piszę o tragicznej, głośnej śmierci Zauchy, lecz o jego barwnym życiu, na przekór peerelowskiej szarzyźnie. O tym, skąd wziął się ten muzyczny diament, jakie wydarzenia go szlifowały i dlaczego nigdy nie zaświecił pełnym blaskiem" – mówi Jarek Szubrycht, autor pierwszej kompletnej biografii legendarnego artysty. Prezentujemy premierowy fragment jego książki.

Autor rozmawiał z ponad sześćdziesięcioma osobami z otoczenia artysty – od cioci, która go wychowywała, i ukochanej córki przez kolegów ze szkolnej ławy, przyjaciół i znajomych, muzyków i realizatorów, z którymi nagrywał i koncertował, autorów piosenek, które śpiewał, aż po gwiazdy estrady, z którymi dzielił scenę, współpracował i konkurował. Biografia Andrzeja Zauchy jest jednocześnie opowieścią o wyjątkowej scenie muzycznej Krakowa, balansującej pomiędzy rozrywką a jazzem, o równie barwnym, co siermiężnym PRL-u, wreszcie o życiu w trasie i o tym, co dotąd pozostawało za kulisami.

<<Reklama>> Ebook "Życie, bierz mnie" dostępny jest w Publio.pl >>

Więcej o: