"Oppenheimer" to widowisko wspaniałe w wielu wymiarach, choć niestety niepozbawione nadmiernego patosu i chaosu. Jednak dla kilku elementów ten film, chociaż możecie go nie zrozumieć, warto zobaczyć.
Czy to się nam podoba, czy nie, Robert Oppenheimer jest najważniejszą osobą, która kiedykolwiek żyła. Zmienił świat, w którym funkcjonujemy, na lepsze lub gorsze. Jego historię trzeba zobaczyć, żeby w nią uwierzyć
- powiedział Christopher Nolan. No właśnie, "uwierzyć" nie znaczy "zrozumieć". Bo choć twórcy "Oppenheimera" zrobili wiele, by pokazać historię "ojca bomby atomowej" i dylematy związane z jej wykorzystaniem, moim zdaniem polegli na etapie pisania scenariusza. Są w nim dialogowe perełki, ale także zdania wypowiadane przez bohaterów, po których ręce opadają od ciężaru patosu.
Problemem scenariusza jest również chaos. Nawet osoba, która pisała na studiach pracę o projekcie Manhattan, miała momentami problemy, by połapać się w tym, kto jest kim, o kim właśnie wspominają i który aktor gra tę postać - wiem, co mówię, taka siedziała obok mnie w kinowym fotelu. Ja o Oppenheimerze i jego pracy wiedziałam z kolei przed seansem nawet mniej niż podaje Wikipedia - specjalnie postanowiłam iść na film bez wcześniejszego zgłębiania wiedzy zdobytej zanim ruszyła promocyjna machina produkcji Nolana. Tym bardziej więc przy migawkach z kilkunastoma bohaterami, którzy kilkadziesiąt minut później okazywali się ważni, czy przeskokach czasowych oraz często tyle błyskotliwych co ekspresowo przerzucających się kolejnymi kwestiami aktorów, nie mogłam wszystkiego śledzić w takim stopniu, w jakim bym chciała.
Nolan, tak jak lubi, postanowił opowiedzieć historię J. Roberta Oppenheimera w trzech, a nawet czterech, planach czasowych. Oglądamy bohatera na przestrzeni mniej-więcej czterdziestu lat. Bliższa współczesności jest ta z 1954 roku, podczas której fizyk stał się przedmiotem przesłuchań związanych z cofnięciem fizykowi dostępu do informacji tajnych. De facto stały się one procesem wobec naukowca agitującego przeciw wyścigowi zbrojeń, wyrażającego się krytycznie wobec bomby wodorowej i od lat 30. związanego z lewicowymi ideami i podejrzewanego o przynależność do partii komunistycznej. Miesza się z nią druga, choć dla odróżnienia nakręcona w czerni i bieli, relacja z posiedzenia, które zebrało się w 1959 roku w sprawie zatwierdzenia kandydatury Lewisa Straussa - powojennego szefa Oppenheimera - na stanowisko rządowe.
Trzecią (czwartą?) jest z kolei historia życia Opppenheimera pokazana od czasu studiów po pracę w tajnym miasteczku Los Alamos. Najpierw setki a potem tysiące ludzi doprowadziło tam do testu bomby jądrowej 16 lipca 1945 roku, którą potem wojsko wykorzystało w Hiroszimie i Nagasaki. I tę drogę też możemy podzielić na "przed" i "w trakcie oraz po" projekcie Manhattan. I na niej także twórcy przedstawiają kolejne osoby, kolejne teorie, kolejne argumenty za i przeciw w tempie - że posłużę się militarną analogią - wystrzałów z karabinu maszynowego. Ale jednocześnie...
... jednocześnie nawet jeśli nie do końca rozumiemy wszystkie szczegóły dyskusji fizyków czy potyczki słowne podczas przesłuchań, trudno oderwać się od tej historii. Ogromna w tym zasługa aktorów z Cilianem Murphym na czele. Jednym ze znaków rozpoznawczych aktora są jasnoniebieskie, niemal szklane oczy. One i jego twarz wyrażają i stany depresyjne, którym ulegał fizyk, i to, co sprawiało, że był tak lubiany w środowisku akademickim i przez kobiety. Aktorski popis daje Robert Downey Jr. w roli Levisa Straussa. Skrajne emocje - tak jak powinna - budzi Emily Blunt jako Kitty Oppenheimer. Matt Damon w mundurze wprowadza potrzebny dla oddechu element humorystyczny, gdy jego postać żartuje z Oppenheimerem. Rami Malek, Josh Hartnett, Casey Affleck, Gary Oldman (nie do poznania, ale jak zawsze rewelacyjny, w roli prezydenta Trumana!), Benny Safdie, Kenneth Branagh, Alden Ehrenreich - wszyscy oni są świetni. I tylko Florence Pugh żal - ta utalentowana aktorka, która tu wciela się w komunistkę i kochankę Oppenheimera dostała do zagrania ciekawą i złożoną postać. Niestety, ktoś wpadł na pomysł, że najlepiej będzie, jeśli przez 80 proc. czasu ekranowego nawet najbardziej głębokie rozmowy będzie prowadziła nago.
Mamy u Nolana też symbolizm. Gdy jeden z kolegów po fachu mówi Oppenheimerowi, by ten zdjął mundur, bo mimo udziału w próbie stworzenia bomby atomowej są naukowcami a nie wojskowymi, patrzymy jak ten zakłada marynarkę i charakterystyczny kapelusz, po czym idzie przez specjalnie zbudowane dla ludzi z "projektu Manhattan" miasteczko niczym szeryf. "I am Batman" - chciałaby się mruknąć, nawiązując do trylogii Nolana o Mrocznym Rycerzu.
W 1945 roku "projekt Manhattan" był postrzegany przez wielu jako sukces bez żadnej wątpliwości. Wśród nich byli także zwykli ludzie, którzy po zbombardowaniu Hiroszimy dowiedzieli się o istnieniu nowego rodzaju broni, "który zakończy wojnę". Oczywiście, toczyły się dywagacje na temat wykorzystania nowego rodzaju broni. Niektórzy naukowcy parli do przodu w imię wolności nauki, inny z powodów ambicjonalnych (pokonać Niemców, potem ZSRR w tym wyścigu), były powody patriotyczne i dziesiątki innych. Byli też tacy, którzy - nawet jeśli cieszyli się z tego, że ich teoretyczne rozważania potwierdziły się eksperymentalnie, cały czas mieli wątpliwości. Byli przecież i tacy, którzy do prac w ogóle nie przystąpili.
Nolan w fenomenalny sposób pokazuje przez nie wiem ile minut (naprawdę, człowiek "zapada się" w tym momencie w czasie) ostateczne przygotowania do testu Trinity, czyli pierwszej naziemnej próby nuklearnej przeprowadzonej pod okiem Oppenheimera w lipcu 1945 roku. To uwieńczenie wieloletniej, kosztującej dwa miliardy pracy i ostateczny egzamin, czy teoria naukowców znajdzie potwierdzenie w rzeczywistości. Poprowadzenie akcji, skrzypcowa muzyka tworząca niemal niemożliwe do zniesienia napięcie, które zwieńcza wybuch nuklearny stworzony bez pomocy CGI - to są minuty, które zapiszą się w historii kina. A potem nieprzebrany smutek, gdy padają słynne słowa zaczerpnięte z hinduskiej świętej księgi Bhagawadgita, które Opeenheimer wypowiada po zobaczeniu grzyba atomowego:
Stałem się śmiercią; niszczycielem światów.
Wiedział, że świat nie będzie już taki sam.
Podobnie działa przemowa Oppenheimera, który wychodzi do swoich ludzi świętujących po udanym zrzuceniu ładunku na japońskie miasto. To są emocje, które zostają w człowieku na długo. Murphy przejmująco pokazuje człowieka, który widzi, że dzieło jego życia odbiera życie innym i niewiele może z tym zrobić.
Bomba atomowa rzeczywiście zmieniła świat. Chociaż od 1945 roku nikt nie użył jej w celach militarnych, ciągle gdzieś tam jest, w zasięgu decyzji o wciśnięciu czerwonego guzika. Być może niewiele osób myśli o tym zagrożeniu na co dzień, być może więcej robi to od lutego zeszłego roku... - Zastanawialiśmy się, czy nasze obliczenia nuklearnej reakcji łańcuchowej mogą zniszczyć świat - mówi Oppenheimer pod koniec filmu, a potem dodaje: I myślę, że go zniszczyliśmy.
Idźcie do kina na "Oppenheimera". Zobaczcie go na dużym ekranie. Byle nie w pierwszych rzędach, bo to trzy godziny seansu, a wtedy odczujecie w karku napięcie z filmu i związane też z niewygodną pozycją. Nie wiem, czy to najlepszy film Nolana, najlepszy film weekendu, roku czy stulecia. Ale bez wątpienia to film dobry i ważny.